how NATURE wants to KILL lux

Długo się zastanawiałem czy pisać tę notkę.
Minęło już troszkę czasu i emocje opadły.
Tydzień temu Lux był u mnie w Łodzi.
Odwiózł mnie do domu i pojechał na Śląsk.
Zwykle z niego taki mały pirat drogowy, bo gna jak szalony choć jest doskonałym kierowcą.
Tym razem jechał tylko 90 km/h.
Dzięki Bogu, że tylko tyle.
Wjeżdżając na autostradę pod Piotrkowem zderzył się z sarną, która nagle wskoczyła na drogę.
Luxowi na szczęście nic się nie stało ale samochód trochę się pogniótł i co nieco z niego odpadło.
Teraz stoi w naprawie.

Nie chciałbym tu pisać banałów, że każda chwila jest ważna bo nigdy nic nie wiadomo, ale pamiętajcie o tym i kochajcie jakby miało nie być jutra.

A tak zupełnie z innej beczki – autostrada powinna być ogrodzona.
Pluto, pisz pozew !

Gdzie jest Nemo… w Dąbrowie Górniczej

Aleśmy się tego naszukali…
Dojazd koszmarny, ale się udało.
Nawet przebolałem 13 zł za godzinę co uważam za cenę zbrodniczą ale opłacało się.
Wprawdzie nie udało mi się namówić Luxa na zjeżdżanie rurami i wypłynięcie na odkrytą część basenu
to naprawdę niezapomniane wrażenie, kąpiel w ciepłej wodzie podczas gdy na głowę sypie śnieg
ale na „szybką rzeczkę” już chętnie poszedł.
„Masaż” i wodne bicze tez mu się podobały.
Olimpijski też był nasz i nawet się tam porządnie zmęczyliśmy.

Ale najważniejsze że oboje podreperowaliśmy własną samoocenę.
Lux stwierdził, że tak naprawdę to ma fajne ciałko a ja, że tak naprawdę to wcale nie jestem miśkiem.
Problem w tym, że on ma rację a ja tylko się pocieszam.

Poza tym dużo fajnych chłopów pływało – więc można było sobie popatrzeć.

Six feet under

Nigdy nie lubiłem tego serialu.
Jakoś tak wydawał mi się… nie chce tutaj użyć słowa nudny… ale „zbyt powolny”.
Nie to żebym oczekiwał dużego tempa od serialu o domu pogrzebowym, ale dla mnie ciągnął się jak flaki z olejem.

W zeszłym tygodniu z nudów obejrzałem któryś kolejny tam odcinek na tvn-ie.
I wreszcie zrozumiałem dlaczego ten serial jest tak popularny.
Wreszcie do mnie przekaz z tego serialu dotarł.

Nie ma w nim nachalnego tłumaczenia co jest dobre a co złe.
Ten serial nie daje jasnych tropów oferując w zamian różne drogi wyborów.
Postacie wprawdzie są… nazwijmy to „nie do końca normalne” ale czy normalność wogóle istnieje ?

Nie wiem, czy już mnie wciągnęło.
Na razie jestem pod wrażeniem.

Ciągnij Miśka !

Zapewne jak każdy z Was tak i ja mam swoje małe „odpały” żywieniowe.
Uwielbiam jedno i nie znoszę drugiego.
Kocham sok bananowy ale grapefriutowego niecierpię.
W każdej dziedzinie mam swoje ulubione produkty.
Dotyczy to też słodyczy.

Gdy byłem mały to mniej więcej w połowie drogi między domem a szkołą podstawową były prywatne delikatesy w których dość często były rzeczy z Zachodu (na codzień w Polsce lat 80-tych dostępne tylko w Pewexach).
Czekolady, gumy Donald i… żelki Haribo.
Wszystko pięknie wyglądało ale było też bardzo drogie.
Dlatego, gdy miałem jakiś grosz w drodze do szkoły kupowałem sobie np. 3 żelki.
Ta miłość do żelków pozostała mi do dziś.
Ostatnio będąc w markecie naciągnąłem Luxa na kupienie całej paczki żelków Haribo.
Prawdę powiedziawszy, dziś to juz raczej legenda niż dobry smak, bo jedząc je wyczuwam wszystkie chemiczne dodatki w nich zawarte, ponadto ich wygląd przypomina wszystko tylko nie miśki, no chyba że takie rozjechane przez TIRa, ale co tam.

Jednego miśka zaczeliśmy jeść wspólnie, każdy ze swojej strony.
Zbliżając się do siebie Lux powiedział
- Ciągnij Miśka – a ja o mało nie udławiłem się ze śmiechu.

RIP-osta

Poszliśmy na koncert Sistars.
Odbył się w Ripoście – moim zdaniem najbardziej plastikowym miejscu w Łodzi.
To takie miejsce z cyklu „mój chłopak jest w mafii i obił już mordy wszystkim którzy nie chcieli płacić, dlatego teraz mamy dużo pieniędzy a ja jestem jego dziewczyną i nie bawi mnie już kupowanie siódmej pary butów za 1000 złotych – dlatego postanowiliśmy założyć klub”
Gdy klub powstał przypominał ogromny salon babuni – wielkie szafy i kredensy stylizowane na epokowe plus sofy i kanapy w tym samym stylu. Wszędzie ogromne haftowane serwety.
To miał być klub dla palestry i biznesmenów.
Ale albo w Łodzi adwokaci są bardzo biedni albo mafia wszystkich bogatych biznesmenów już doszczętnie oskubała – bo ludzi przychodziło jak na lekarstwo.
Mogło to być też spowodowane usytuowaniem klubu w dzielnicy, gdzie psa trzeba mieć na krótkiej smyczy, bo jak jest na dłuższej to go ukradną a może tym, że do klubu wchodzi się jak do hurtowni tajwańskich skarpet przez przemysłowe podwórko.
Nieważne.
Dla mnie Riposta to typowy przykład robienia interesu przez ludzi którzy nie mają zielonego o tym pojęcia – w rezultacie mamy miejsce silące się na trendy, którego jedynymi atutami są bogaci właściciele, mogący kupić wszystkich, od mediów po wielkie gwiazdy.
Cóż z tego, skoro nijak nie potrafią wykorzystać przyjazdu tych drugich.
Men(a)d(żerk)a klubu pomyliła się w zapowiadaniu zespołu, ale nie przeszkodziło jej to w ogłoszeniu wszem i wobec że ma dziś urodziny i jest to dla niej wielkie przeżycie obcowanie z tym zespołem (tu nie zaryzykowała wypowiedzenia nazwy)
Do miejsca (z uporem maniaka nie nazwę Riposty klubem) w którym w komfortowych warunkach może się bawić 100 osób wpuszczono ponad 2 razy więcej i na dodatek zapomniano o klimatyzacji.
Ponadto jaka klientela…
Można ich podzielić na dwie grupy.
Pierwsza to jakieś wyfiokowane głupie cipy z lubością nazywane przeze mnie „larwami”
(określenie copyright by moja siostra)
ze swoimi chłopakami-karkami teraz szaleją na punkcie SISTARS bo to modne choć znają tylko jedną piosenkę. Ich karki nawet nie udają zainteresowania – zbyt zajęci są prezentowaniem swoich nowych czerwonych adików, które według panujących „na mieście” trendów założyli do nieco już podniszczonej skóry.
Druga grupa to zdradzane przez mężów-mafiosów, znudzone kobiety przed 40-stką szukające rozrywek. Te są szykownie ubrane, bo przecież przyszły na koncert a tu takie rozczarowanie – nie ma miejsc siedzących i do tego taki tłok.

Bartek z zespołu opowiadał nam, że zgłosiły się do nich dwie 13-latki z chęcią założenia fan-klubu.
Gdy je zapytał czy słuchały płyty, bez skrępowania powiedziały, że nie – ale za to w Warnerze (wydawcy Sistars) już wszystko zdążyły załatwić.
No cóż… każdy chce być jak Kasia Kanclerz.

Przed nami na koncercie stały dwie takie larwy ze swoimi facetami i w każdej przerwie między piosenkami domagały się „Spadaj”
Bla nie wytrzymała i w końcu chlapnęła do nich:
- Sama spadaj
Jezu… ale się zrobiło zainteresowanie.
Szok.

Wiecie co, bycie gwiazdą to w sumie ciężka prostytucja, bo trzeba występować w takich miejscach, bo dużo płacą i wszyscy muszą się obłowić z menadżerem Schabuff na czele.

W sumie koncert udany, bo Miś był i Bla i nawet wschodząca artystka Jager też się pojawiła.

Amazing

Oszalałem na punkcie tej piosenki.
Jej tłumaczenie znajdziecie tutaj.
Dziś np. chodziłem po mieście i ją sobie nuciłem.
Jest tak niezwykle optymistyczna i ma w sobie tak dużą dawkę pozytywnej energii, że aż mam ochotę stanąć na środku Piotrkowskiej i wrzeszczeć
LUX – KOCHAM CIĘ.

A wogóle to muszę Wam powiedzieć, ze się zakochałem.
Ale tak na maxa, jak 16-letnia siksa, jak głupia nastolata, która sika po nogach na samą myśl, że się spotka ze swoją miłością.
Co więcej, powiem Wam, że doskonale się z tym czuję.
Bo zakochałem się w… moim facecie.
16 marca minęło 1,5 roku jak jesteśmy razem a ja czuję się tak jak pierwszego dnia.
Czego chcieć więcej ?

I think it’s amazing
I think you’re amazing
Celebrate the love of the one you’re with
Celebrate, this life with you baby
I think you should celebrate yeah…

Remanent wiosenny.

Przepraszam, że tak długo to trwało, ale niestety jestem tylko człowiekiem i jak dostanę czasem mocniejszego kopniaka w pracy to bardzo to przeżywam.
Łapię doła, jestem nieznośny i na ogół wtedy zawalam wszystko inne.

Ale całe szczęście zrobiło się już ciepło, słońce mocno przygrzało i rozpromieniony uśmiech powrócił na ma lico.
Problemy wszelkie jakoś przegnałem gdzieś daleko i znów wierzę, że będzie dobrze.
Znów jestem naiwnym optymistą… ale ja po prostu nie umiem inaczej.

Blog zzieleniał bo przecież Wiosna Panie Sierżancie a za chwilę będzie jeszcze piękniej.
Czuję że odżywam.
Buziaki dla wszystkich moich czytelników.

Fryderykowy wtorek

Wtorek w przeciwieństwie do niektórych wspominam bez dziur w pamięci.
A dzień można podzielić na dwie części.
Przed imprezą :
* 3 nowe koszule kupione w huje&muje
* 1 pizza w Pepsi-Hut (nie to nie pomyłka, tylko nowy pomysł na nazwę)
* kilka lampek wina
oraz później.
Fryderyki w tym roku odbyły się w klubie traffic – no cóż, jasne że lepiej przepić tę kasę co zwykle szła na wynajęcie Kongresowej. A że branża pije sporo to trzeba było pomyśleć o sponsorach – Ci główni to Martini i inne Polmosy.
Było nieźle.
Zaczynamy od plotek.
Zaczęło się od tego, że Bla przeszkodziła w pracy Olivierowi Janiakowi ale po chwili już doszli z tym do ładu i Olivier przez cały wieczór gdy tylko się spotkali zalotnie puszczał do Bla oczko.
Bla jednak wolała rozmawiać z jednym z topowych stylistów o włosach na… na dole :-)
Zdecydowanym wydarzeniem imprezy było pojawienie się Tatiany bez Pawła. Choć przyzwyczajona do zniewolenia wokalistka o to czy może udzielić wywiadu przedstawicielowi stacji radiowej pytała swoją menedżerkę (słyszałem to na własne uszy, stojąc obok)
Reni Jusis wyglądała jakby zacięła się w toalecie i sedesem rozdarła sobie kieckę więc w akcie desperacji od pasa w dół owinęła się papierem toaletowym – choć wszyscy mówili że to kreacja od Arkadiusa
Kayah mimo, że nie wyniosłą tym razem żadnego żelastwa ze skrzydełkami i tak wyglądała olśniewająco.
Ewa Bem nie tylko utyła ale i zmalała, ledwo ją było widać w tłumie.
Kasia Nosowska po raz kolejny udowodniła że można być jeszcze brzydszym i jeszcze mniej zadbanym niż rok temu. Ja rozumiem, że to pewien styl, ale chyba kupię jej szampon i wyślę w prezencie.
Fiolka Najdenowicz tak bardzo zacieśniała kontakty ze sponsorem, że miała później wielki problem z przedostaniem się z I piętra na parter i chyba została na tej poręczy przy szatni przedrzeźniając wszystkich przechodzących.
A pan saksofon z Blue Cafe przeglądał gazetki na poziomie „zero” i gdzieś dzwonił.
Ponadto 1/2 Sistars była chora, więc nic nie mówiła a Marcin Rozynek okazał się być super miłym i fajnym kolesiem.
Teraz merytorycznie.
Żenada.
Członkowie akademii zachowali się nie przymierzając jak 15 letnie siksy które kierują się nie własnym gustem a zachowaniami stadnymi. I nie ważne, czy podążali w kierunku trendów (Sistars, Reni Jusis) czy wraz z pierwszymi pryszczami zaczęli się buntować (Raz, Dwa, Trzy) w każdym z tych wypadków wyglądało to tak jakby jeden od drugiego podczas głosowania po prostu spisywał.
Ja rozumiem, że rok miniony nie był najlepszy dla polskiej muzyki, ale czy naprawdę nudziarze z Raz, Dwa, Trzy powinni byli zgarnąć wszystko ?
Czy Anna Maria Jopek zasłużyła na obwołanie jej wokalistką roku ??? Chyba niekoniecznie, bo po ogłoszeniu tego werdyktu prawie nikt nie klaskał a niektórzy zaczęli głośno krzyczeć KAYAH, KAYAH…
To były jubileuszowe X Fryderyki.
Obserwuję tę imprezę od początku – jestem na niej od 6 lat… i jest coraz gorzej.
Ale za to imprezy poFryderykowe coraz bardziej alkoholowe – może dlatego, że na trzeźwo nie da się tego znieść.
Tym razem wylądowaliśmy na imprezie SONY w Muzie.
Pogadałem z Piotrkiem Metzem (to już pewne, że odchodzi z ESKI Kraków), potańczyłem przy śpiewającej Marysi Sadowskiej i miksującej Novice.

A na koniec chciałbym podziękować bardzo Nice – za to, że ten wieczór uczyniła wspanialszym.

PS
Novika faktycznie ma tyłek jak J.Lo.

Dzień kobiet w kinie

Lux w minionym tygodniu wybrał się daleko daleko na narty więc ja postanowiłem pojechać do Wawki na nieco dłużej niż przewiduje delegacja służbowa.
Poniedziałek spędziłem na uroczych spotkaniach, zakończonych wizytą w kinie na pięknym filmie o tym, że na zakochanie jest zawsze czas.
Ostatnie metro i szczere pogaduchy też bardzo mile wspominam.