Magia liczb

Nie da się ukryć, że jestem maniakiem liczb.
Pamiętam wszystkie swoje liczbowe dane takie jak NIP, PESEL numer dowodu osobistego a nawet jego datę wydania – czym na ogół wzbudzam dziwne zainteresowanie osób które tych danych ode mnie potrzebują.
W pracy uwielbiam się bawić godzinami w stylu 22:22 albo 3:33 – zawsze się znajdzie jakiś patent na ich przedstawienie.
Wogóle liczby są fajne.
A dla mnie dodatkowo są jeszcze ważne, na tyle, że obecny numer komórki wybierałem w salonie dobre pół godziny zanim znalazłem ten który mi najbardziej odpowiadał.
To taka moja kolejna niegroźna szajba.
A dziś… cztery piątki.

45555.jpg

Piękna Pani z telewizji… i Pan z radia

Helio swój nowy image ogłosił z takim hukiem, że przez moment miałem wrażenie, że całe to zamieszanie z koncertem Miszala to tylko po to by Helio mógł pokazać się światu w nowych włosach.
Choć wygląda naprawdę nieźle – jakieś 5 lat młodziej, co czyni go w tym wypadku tylko o rok starszym ode mnie – to ja nadal uważam, że połowa sukcesu to zgolenie brody.

Spotkanie gastronomiczne nieopodal domu Helio upłynęło pod znakiem dochodzenia… bo ciągle ktoś do nas doszlusowywał, ale dzięki temu mogę teraz mówić, że odwoziłem swoim samochodem gwiazdę telewizji.
Chyba muszę zacząć robić jakiś ranking celebrities in my car.
Who’s next ?

Miszal

No byliśmy na koncercie.
Nawet nawet, albo nawet jeszcze bardziej nawet.
Szkoda, że tak krótko śpiewał.
Choć dla mnie i tak ważniejszy był moment przed, gdy na zapleczu miałem go tylko dla siebie przez 10 minut.
A on w samych majtkach, rozpiętych ogrodniczkach i kolczyku w lewym sutku prawie klęczał przede mną.
No ładna bestia… choć oczywiście mój Lux ma ładniejsze i bardziej zbudowane ramionka.

Jeśli chodzi o płytkę Michala – to po pierwszym przesłuchaniu niespecjalnie a dziś po którymś tam z rzędu jest już dużo lepiej.
No bo ja to taki inżynier Mamoń jestem – jak mają mi się podobać piosenki które pierwszy raz słyszę.

A nocny powrót też OK.
Trochę się go obawiałem, bo pierwszy raz w trasie nocą.
Tylko się wkurzyłem na SHELL-u, bo wprowadzili jakieś durne zasady, że po 22.00 to tylko kasa nocna i jaką zaliczkę trzeba dać.
A w czasach gdy każdy ma kartę płatniczą i nikt nie ma gotówki to jako zaliczki zażądali ode mnie prawa jazdy, telefonu komórkowego lub… zegarka !!!
Na co ja w pierwszej chwili parsknąłem śmiechem i w ramach eskalacji żądań poprosiłem, żeby mi nalali do baku bo ja sam nie zamierzam się męczyć.
Wtem panienka z okienka powiedziała, że to niemożliwe bo przecież noc i oni z tego zabarykadowanego budynku w ogóle się nie ruszają.
Powiedziałem im, że niech zatem się jeszcze zamurują, choć patrząc na jej urodę to nawet i ślepy książe by jej nie chciał.
Kilka kilometrów dalej JET, którego nigdy jakoś nie lubiłem był bez problemu otwarty i nie robił żadnej hecy z tego, że noc.

2 dni w Wawie proszę…

No to sobie zrobię dwu-dniówkę Wawską znów.
Czyli czekam na zaproszenia…
Tylko proszę kulturalnie i nie pchać się… ja wiem, że nie każdemu będzie dane i kto pierwszy ten lepszy a i tak ktoś będzie musiał usłyszeć „lista została już zamknięta”.
Ups – taki life.
No dobra… gwiazdorzę się.
Czasem tak mam.

Wtorkowe popołudnie i wieczór na razie wolne.
W środę za to mam nadzieję spotkać Miszala Kwiatkowskiego… i wysłuchać jak gra i śpiewa.

Away

No to pięknie…
Niedawno przeczytałem, że 40 % Amerykanów nie wyobraża sobie życia bez komputera a połowa z mieszkańców Bush-landu bardziej boi się utraty danych niż… własnej śmierci.
Chyba w jakiejś części jestem Amerykaninem.

Komp mi zwariował, wyłącza się i włącza kiedy chce, robi różne dziwne rzeczy z piszczeniem włącznie więc zaprowadziłem go do lekarza i musiłem zostawić tamże na kilka dni.
Co za ból.
Powinni wprowadzić komputery zastępcze.
Tak jak są samochody zastępcze.

Chyba tylko z powodu braku rzeczonego sprzętu pojawiłem się dziś w pracy w normalnych godzinach i siedzę przy kompie warcząc na każdego kto pragnie mnie podsiąść.
A no i jeszcze przykład na złośliwość rzeczy martwych.
Bo w tej jakże ciężkiej dla mnie chwili, w sekretariacie czekał dziś na mnie wrześniowy numer zaprenumerowanego CHIP-a.
Podłość !!!

Reni Jusis

Muszę przyznać, że co do Reni moje poglądy są… mocno nieustalone.

Gdybym ją oceniał li tylko po muzycznej twórczości to zdecydownie należy się piedestał.
I nie tylko za drogę jaką przeszła od, co tu dużo kryć, nieco kiczowatej „Zakręconej” do jak na polskie warunki genialnej „Trans Misji”.
Widać nie na darmo mówią o niej Dzielna z Mielna.

Niestety istnieje też druga strona medalu – czyli po prostu osoba.
I tu niestety Reni trochę rozczarowuje.
Widziałem ją u Wojewódzkiego, czytałem kilka innych wywiadów i… klapa.
Może to tylko moje fałszywe odczucie, bardzo bym tego sobie życzył, ale mam wrażenie że straszliwie zadufana z niej osoba.
Jeśli macie inne doswiadczenia to podzielcie się nimi w komentarzach.
Nie wymagam, by każdy artysta był dla fanów osobą w stylu Michała Wiśniewskiego – czyli „do rany przyłóż” ale publiczne obnoszenie się z tym, że tak na prawdę to cały ten zgiełk wokół niej bardzo przeszkadza i denerwuję ją i najchętniej jakby mogła to albo by pozabijała fanów albo zniknęła gdzieś.
No sorry – trochę pokory, to dzięki tym ludziom jest znana, dzięki nim może zyć tak jak żyje i wypinanie się na nich jest trochę nie do końca fair, choć nie powiem żebym nie był w stanie jej zrozumieć.

Może właśnie taka chęć ucieczki przed wszystkim i wszystkimi spowodowała, że piątkowy koncert w Sqandalu był… perfekcyjny.

Reni%2001.jpg

A przecież nie chodzi się na koncerty by wszystko brzmiało tak perfekcyjnie jak na płycie.
Koncert powienien mieć swój klimat i nie chodzi mi tutaj o klimat sauny panujący w klubie.
Było bardzo gorąco, Reni dała z siebie wiele, bo widać było, że spocona i zmęczona.
Szkoda tylko, że nie nawiązała właściwie żadnego kontaktu z publicznością.

Reni%2002.jpg

Muzyka broniła się jednak sama – co tu dużo mówić, jest bardzo dobra.
Ja bawiłem się świetnie.

Zdjęcia pochodzą z portalu gejowo.pl, którego twórcy także bawili się tego wieczora w Sqandalu.
Przy okazji pozdrowienia dla Rafała.

2400 km

No właśnie tyle jest na liczniku.
Poza tym wybrałem się wreszcie w pierwszą trasę.
Nie zliczę ile przepisów ruchu drogowego złamałem ale mam nadzieję, że żadne foto do domu nie przyjdzie.
W drodze na Śląsk rekord to 160 km/h osiągnięty na autostradzie pod Piotrkowem.
No trzeba było sprawdzić samochód.
Reszta trasy w granicach 120-140 km/h… oczywiście tam gdzie pozwalały na to warunki.

I nauczyłem się jeżdzić z radiem.
W mieście mi wprawdzie przeszkadza, bo za bardzo się na nim skupiam – ot jedno ze zboczeń moich – ale na trasie brzmi wspaniale, zwłaszcza jak w radiu Pan Marek i Lista Trójki.
Jak za dawnych lat… eh.
A pan Marek ostatnio zapłacił mandat, ciekawe za co.
Pamiętam jak opowiadał mi kiedyś o tym jaki z niego kiepski kierowca, bo po przeprowadzce do Warszawy miał tak opracowaną trasę z domu do Trójki, że wszędzie skręcał tylko w prawo, bo skręcania w lewo bardzo się bał.
Niestety chwilę później zmienił mieszkanie i już nie dało się cały czas w prawo.

A potem samochód się tak rozkręcił, że w drodze z Wrocławia na Śląsk mknął 185 km/h i to jest nowy rekord olimpijski.

No i wreszcie wiem jak Lux to robi, że od siebie spod domu do mnie jedzie równo 2 godziny.
Mnie też się udało… ale pędziłem jak szalony.
No a dzięki Karolinie poznanej na grillu znam nowe sposoby ukrywania się przed fotoradarami, których mapę znajdziecie tutaj.

Lista zaproszonych już zamknięta.

Ja wiem, że w większości przypadków to mnie gdzieś zapraszają tylko dlatego, że wiedzą, że przyjdziemy razem i będą sobie mogli na Luxa popatrzeć choć ciii, zawsze jest może cień szansy, że jednak mnie też lubią.
Fajnie tak łechczą mą próżność napływające mailowo i gadulcowo zaproszenia na imprezy wszelakie.
Można się poczuć jak jakaś gwiazda, bo gdybym chciał być wszędzie… no dobra odwala mi.

Dziś grillowanie u kubu ale że jeszcze nie mieszkamy w Wawie a dojazd, zwłaszcza tego ładniejszego z nas trochę by zajął więc z wielką, wielką przykrością, bo bardzo chcieliśmy być, musimy odmówić.
Oficjalna wersja – nie mamy siekiery a to przecież grill w stylu horrorów „Piątek 13-tego”.
Ale z tego miejsca, sącząc żółć zazdrości, że nie ma nas tam życzymy wszystkim smacznego i pamiętajcie o czymś na kaca rano.
No i pierwsza kolejka za nasze zdrowie !!!

My zamierzamy się bawić na koncercie Reni Jusis w katowickim Sqandalu.
Przyznam szczerze, że nie słyszałem jeszcze Reni na żywo.
Będzie nowe doświadczenie.

A w sobotę też grillujemy, lecz w przeciwieństwie do wszystkich obdzwonionych, zarówno tych o nowych jak i nieco już opatrzonych twarzach my w cudnym Wrocławiu.
Bo skoro i tak będziemy w stolicy Dolnego Śląska i pięknych chłopaków to jak można nie ulec zaproszeniu z serii agent 007.
„Nie znacie ale poznacie – grill u Krzysia i Jasia”.
Z prognoz wynika że tylko w tej części Polski nię będzie padać.

Wcześniej i później zapewne Rynek, wieczorem Scena… a w nocy wtulony Miś.
Brakuje mi długiego urlopu – takiego co to pakujemy Misia w teczkę i jedziemy na wycieczkę.

PS
I jak tu się odchudzać na tych wszystkich zaproszeniach ???

Notka zastepcza

Właściwie to nie chce mi się jej pisać.
Bo ja do pisania notek potrzebuję weny.
A tej mi dziś brakuje.
Może to dlatego, że siedzę w pracy i mi się cholernie nudzi.
Jeszcze godzina…

1000 km

No to pierwszy 1000 km już za mną.
WoW

Jeździ się świetnie, czasem wkurzają mnie inni kierowcy choć mam świadomość, że ja czasem pewnie też wkurzam, więc luzik.

Na szczycie rankingu rzeczy które doprowadzają mnie do szału gdy kieruję są od samego początku rowerzyści.
Prędzej należy spodziewać się przed maską lądujacego MIG-a niż przewidywalnego rowerzysty.