Turboo

Gdy kupisz bilet do Turboo możesz sobie dowolną ilość razy wchodzić i wychodzić z tego lokalu.
Zapewne właściciele sądzili, że po to by dokupić gumek na pobliskiej stacji benzynowej, ale większość wychodzi do pobliskiego toro.
Podobno potańczyć.
Piszę „podobno” bo kompletnie tego nie rozumiem.
Muzyką w Turboo zarządzał w sobotę Hubert… i była to najlepsza muza jaką słyszałem w ten weekend ze wszystkich lokali w których byłem.
Tylko do cholery…
- Dlaczego nikt nie tańczy – zapytałem chłopaka za barem.
- Bo tutaj nie przychodzi się tańczyć, przystojniaku – odpowiedział mi męski głos, którego właściciel siedział obok mnie przy barze.
Jako, że przyjechałem samochodem napoje ograniczyłem do coli, którą sprzedają tam w najmniejszej możliwej pojemności 0,2l więc nawet jej sączenie nie zajęło zbyt długo.
Wspomniany koleś przy barze chciał kontynuować rozmowę ale jakoś tak miał ogólne problemy ze składaniem wyrazów a gdy wstał okazało się, że utrzymanie pionu było szczytem jego dzisiejszych możliwości.

Rozejrzałem się.
Lokal zadbany.
Minimalizm rodem z Mercers’a czy innego daily cafe.
Skórzane fotele, eleganckie stoliki. Można też posiedzieć na długiej ławie pod ścianą.
Czysto.
Kolorowo.
Nawet ładnie
Ale nic dziwnego skoro za samo wejście płaci się 15 zł.

To nie jest tak, że nie wiedziałem jaki to lokal, jednak muszę przyznać, że przeżyłem szok, gdy wybrałem się na zwiedzanie labiryntu i odkryłem, że jest on dwukrotnie większy od części barowej.
To największy i najlepiej urządzony dark-room w jakim byłem w Polsce.
I najczystszy.
Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy przy wejściu nie powinna stać jakaś Ariadna która wchodzącym w czeluści chuci i pożądania wręczałaby nić by mogli potem bez problemu znaleźć drogę powrotną.
Człowiek jest jednak taką istotą, że potrafi się przystosować do prawie każdych warunków, więc po jakimś czasie całkiem nieźle radziłem sobie w ciemnościach i nie deptałem czy też obijałem się o stojących na mej drodze.

Było miło.
Gdy wyszedłem spotkałem lodzpersona z którym razem wyszliśmy z Galerii ale on postanowił spędzić wieczór w toro.
Czekał na mnie z wypisanym na twarzy wyrzutem „No ile kuźwa można tam siedzieć?”
A ja siedziałem długo… bo rozmawiałem, całowałem się i zgadywałem kolejne imiona przesympatycznego faceta.
Ja wiem, że to durne, ale chyba jestem mocno inny inny.
Bo do dark-roomu człowiek idzie się wypieprzyć a nie gadać i gadać i ogólnie poznawać całkiem miłego faceta.
- No czyś Ty oszalał, szukać miłości w dark-roomie…
- Ale ja nie szukałem… poza tym nigdy nie wiadomo co i gdzie może Cię spotkać
- Nie no oczywiście…
- Serio, nic nie było. Nawet nie rozpiąłem mu rozporka. Tylko staliśmy, gadaliśmy i od czasu do czasu się całowaliśmy.
- Jasne… i myślisz, że ktoś Ci w to uwierzy ?

A czy musi ?

Galeria

Zaczęło się sympatycznie.
Po przekroczeniu progu wpadłem na Lindis i Poli, które robiły za szatniarki.
Chwilę pokonwersowałem i zszedłem do podziemia do umówionych wcześniej współbalowiczów.
Z kim się umówiłem ?
Z Malinkami oraz Luxem… i jego facetem.
O tym „uściśnięciu rąk” będzie zapewne osobna notka, bo czuję taką potrzebę… ale może później.
Malinki jak zwykle boskie, urokliwe i nawet nie tak bardzo „warszawskie”, choć ta grzyweczka taka bardzo stołeczna była, hehhee.
Przy okazji spotkałem się z dawno nie widzianą Vegi i parą (buuu) jej bardzo przystojnych przyjaciół.
Śląski desant weekendowy.

Sam klub robi bardzo pozytywne wrażenie.
Doskonałym pomysłem jest kotara dzieląca go na dwie części.
Na dole taneczne umpa-umpa, które pozwala wyszaleć się najbardziej wymagającym.
Muzycznie wszystko co na parkiecie powinno się pojawić choć były to nagrania raczej z list przebojów niż wyszukane klubowe smaczki.
Lecąc po nazwiskach raczej Vinylshakers i Bennassi Bros. niż Junior Jack czy Bob Sinclar.
Ale nie szukajmy dziury w całym.

Część barowo-stolikowa za to unurzana była w rytmach zdecydowanie spokojniejszych.
Też da się przy nich tańczyć, oj da się…, ale można też spokojnie przy nich rozmawiać i nie trzeba rozmówcy wrzeszczeć do ucha, żeby nas usłyszał.

Problemem całego klubu jest jednak klimatyzacja… a właściwie jej brak, lub znikoma wydajność.
Ja wiem, że z moją kondycją nie jest najlepiej ale kilka kawałków bez zadyszki i stanu przedzawałowego jestem spokojnie w stanie przetańczyć.
Tutaj po jednym utworze czułem się jak w saunie.
Jedyne miejsce gdzie wiało znajdowało się w okolicach kotary i non-stop okupowane było przez kogoś kto chciał się ochłodzić.
Wyglądało to mniej więcej tak, jakby się stało pod prysznicem ale zamiast wody leciało chłodne powietrze.

Co do facetów…
Całkiem nieźle.
Jeden w tak samo jasnych włosach jak ja
(bo czy ja mówiłem już, że znów się przefarbowałem ?)
i czarnej polówce przysparzał mnie o szybsze bicie serca i nieodpartą chęć rzucenia się na niego.
Lindis doniosła, że przyszedł sam.
Oj był wart grzechu.
No ale niezapominajmy, że razem ze mną na imprezę poszła moja nieśmiałość więc… nic nie było.
Podczas tańczenia w „sali wolniejszych obrotów” czułem na sobie wzrok ale nic z tego nie wyszło, choć gdyby jeden z posiadaczy wzroku zrobił ten pierwszy krok nie odmówiłbym.

My stawiliśmy się w Galerii około 0:30, czyli jak na łódzkie warunki normalnie ale przecież to Warszawa.
Niestety w Galerii obowiązują te same reguły co w toro.
Około 1:00 rozpoczął się exodus.
Po pół godzinie została może połowa klientów.
Szok.
Czas na zmianę lokalu…

Przewodnik Warszawski

Całkiem niezamierzenie wyszedł mi w ostatnich dwóch notkach gejowski przewodnik lokalowy po Wawie.
Dorzuciłem do tego jeszcze miejsca w których byłem i mamy wręcz dokładny opis minuta po minucie pobytu xella w stolycy.

Sobotni wieczór spędziłem w łóżku.
Sam.
Po prostu usnąłem na 2 godziny i przez to znów nie poszedłem na Lolę.
Może kiedyś tak się zdarzy, że nie usnę, nie będę musiał wracać wcześniej do Łodzi albo nie będzie przemarszu wojsk czy gradobicia i wreszcie będę mógł ją podziwiać na scenie.
Choć musze powiedzieć, że na mnie zrobiła ona największe wrażenie podczas jednego wieczora kiedy to zostałem zaproszony do niej do domu gdy jeszcze mieszkała na Pradze.
Miękkie kanapy i leniwe i długie rozmowy o wszystkim zdecydowanie zmieniły moje postrzeganie, no muszę użyć tu tego określenia, choć jest ono po prostu brzydkie i trochę krzywdzące, „tego rodzaju osób”.

A gdy się już obudziłem posłuchałem w obowiązku swojej pracy przez net.
Byłem ciekaw jak gospodarz wytłumaczy się z tego co ja jako zastępca zrobiłem.
No wytłumaczył się w swoim stylu.
Stylu którego najlepszym określeniem jest tekst :
„Czego się spodziewać od wołu jak nie sztuki mięsa”
Z pełną premedytacją i będąc świadom ewentualnych skutków mogę tu napisać, że mój ko… nawet nie wróć, człowiek z którym pracuje jest totalnym i skończonym debilem.
Właśnie o takich ludziach mówi się BETON – czyli odporny na wiedzę i trudny do zajebania.

A potem już tylko została sobotnia noc, chęć tańczenia, może poznania kogoś, Warszawa i ja.

Arkadia

Powoli acz skutecznie staje się jednym z moich ulubionych warszawskich mega-sklepów.
Od Galerii Mokotów odróżniają ją ogromne przestrzenie które skutkują jasnością całego centrum handlowego.
Zostało stworzone wrażenie wielkości która jednak nie przytłacza a pozwala odetchnąć pełną piersią.
Na mój gust jest trochę za mało połączeń między parterem i pierwszym piętrem ale – ze względów marketingowych jest to pewnie celowe.
Żeby zejść niżej trzeba przejść obok tuzina sklepów a nóż któryś czymś zachęci.

No i poza tym, że Arkadia może i zapewne przyciąga przestrzenią i sklepami to działa też jak magnes na przystojnych facetów.
Szczerze powiedziawszy chciałem mieć tam oczy dookoła głowy, żebym mógł podziwiać wszystkich.
Ojej ilu przystojnych chłopaków tam pracuje/kupuje/przebywa
To obecnie chyba największy wybieg w Warszawie.

toro

Dotarliśmy do toro około 1:30.
To podobno w Warszawie czas kiedy już się wychodzi do domu.
Dziwne.
Klub nie powala estetyką.
Powiedziałbym, że niższa średnia krajowa. Nawet zażartowaliśmy z lodzpersonem, że po toro to człowiek zaczyna kochać Narra.
Racja.
Muzycznie toro lokuje się gdzieś między galą piosenki chodnikowej w Pułtusku a wiecem Samoobrony – czyli coś z cyklu wieś tańczy i śpiewa.
Na plus – ale to tylko z mojej perspektywy – zaliczyć można poniekąd klientelę.
Głównie okolice 30-stki, co po przeważających w Narra małolatach jest miłą odmianą.
No i poza tym, tam wszyscy wciągają brzuchy, więc nie czułem się dziwnie.

Kilka razy poczułem na sobie wzrok.
W kilku przypadkach aż żałowałem, że nie jestem okulistą by bliżej się temu wzrokowi przyjrzeć…
Zwłaszcza pewien przystojniak w niebieskiej polówce. Mniam
No ale ta wrodzona nieśmiałość…

Z minuty na minutę muzycznie robiło się jednak coraz bardziej dramatycznie.
Najpierw takie coś zaczęło śpiewać… przy czym mój pies bardziej trzyma rytm i mniej fałszuje a poza tym ma na sobie mniej włosów niż pan artysta na głowie.
Uciekłem na zewnątrz.
Potem był Modern Talking którego dokonania jeszcze jako tako przyjmuję, w końcu jakiś tam sentyment z czasów szkolnych pozostał, ale gdy puścili Sabrinę i Schnapii zarządziliśmy natychmiastowy odwrót.

Boszzzz… mam nadzieję, że to tak tragicznie doświadczone przez historię miasto ma jakieś imprezowe zalety bo toro zdecydowanie do nich nie należy.

Dziś ciąg dalszy xella w Warszawie.

Żeby nie było…

…że xell marudzi bo niedoruchany.
Właśnie, że nie.
Wczoraj było fajnie.
Nie, że koniec i do widzenia.
Pokazał mi zdjęcia z wakacji.
Siedzieliśmy i długo gadaliśmy przytulając się od czasu do czasu.
Ale on nie chce nikogo na stałe.
„Bo wiesz, ja dużo pracuję i nie miałbym czasu… ale jeśli chcesz, to możemy się od czasu do czasu spotykać tak jak dziś.”
Przynajmniej szczery był.

Thanks God, he’s disgusting…

w tym miejscu pojawi się dziś…
wróć
jutro
…notka

napiszę ją podczas nocnego dyżuru… a teraz idę przed nim spać.

call me now and i kill you…

***

No i oczywiście ledwie położyłem się do łóżka mimo, że telefon wyciszony rozmowa goniła rozmowę.
Nie bez trudu zasnąłem o 21.00 by o 23.00 wstać.
Jeszcze w trakcie, jako że spałem przy otwartym oknie, zewsząd dobiegły mnie ryki rozentuzjazmowanych kibiców.
Ci którzy mnie znają, wiedzą że ja mam sen z cyklu huragan z gradobiciem za oknem mnie absolutnie nie rusza ale jak widać kibice nadają na innych falach.
Jak się obudziłem to nawet się cieszyłem, że Wisła przegrała, bo gdyby było inaczej to darli by ryja przez pół nocy.

A teraz siedzę na dyżurze, popijam truskawkowy Smako-łyk by Żywiec i męczę się z procesem TFUrczym.
Bo niby wiem o czym chcę napisać ale jakoś tak mi trudno to ująć w słowa.
Więc prawdopodobne, że ta notka będzie tak trochę o niczym a meritum sprawy ujmę w następnej blotce.

Choć może jednak spóbuję…

Nie wiem czy Wy też tak macie, że facet z którym jesteście nigdy nie ma za małego czy za dużego.
Seks z nim nigdy nie sprawia bólu a gdy budzicie się rano to nie bolą Was plecy z powodu wymyślnej pozycji którą trenowaliście kilka godzin wcześniej.
Dopiero gdy coś się kończy zaczyna się wyszukiwanie „usterek”
No dobra wiem – chemia.
Zauroczenie.
Kogoś kogo darzymy uczuciem zawsze ma taryfę ulgową.

A jak jest w przypadku poznawania kogoś nowego ?
Też idealizujecie ?
Bo ja ostatnio łapię się na tym, że na dzień dobry zamiast szukać pozytywów i ulegać czarowi nowej znajomości sprawdzam czy wszystko dobrze przeszyte, czy gdzieś się nie pruje, jak długo trwa gwarancja i czy jak się rozmyślę to można zwrócić towar.
Idealny facet dla mnie to obecnie taki z nalepką
„Satisfaction Guaranteed”
i dopiskiem
If any of our products don’t meet or exceed your expectations within the first 90 days of use, contact us with the order number and your problems.
If we can’t make it better, we’ll refund you your money – all of it.

Niestety Bóg nie przyjmuje reklamacji a ja zamiast zwrotu kasy wolałbym by zwrot zainwestowanego czasu.

Nieufność to ostatnio moje drugie imię.
Co z tego, że przeglądam te wszystkie gej-portale czy w inny sposób poznaję ludzi jak i tak nie ufam.

O ten byłby nawet fajny.
Jest przystojny, wysoki…
O nawet z Łodzi…
Eeee pali
DO WIDZENIA

Hmmm, mrau.
Ten jest niezły… boszzzz już sobie wyobrażam co można z Nim robić podczas długich zimowych wieczorów.
No dobra czytamy opis…
Nie pali – plus
Pije rzadko – uuu bejbe, jest dobrze.
Seks i ja – ff.
Shit… przecież z moją manią czystości do końca życia nie wyjdę z łazienki lub zwariuję mając przeświadczenie, że mam ciagle brudne ręce.

Tak mniej więcej wygląda przeglądanie przeze mnie portali.
A nawet jak już się spotkam z kimś kto przechodzi przez pierwsze sito to na miejscu okazuje się, że wspólnym tematem jest tylko pogoda.
No dobra… wiem, że z wiekem człowiek staje się niewolnikiem własnych przyzwyczajeń, maniactw i coraz trudniej znaleźć kogoś kogo można by „dopasować”

Szukam kogoś na stałe – miło.
Kogoś pogodnego, szalonego, otwartego, ale jednocześnie znajdującego czas na chwilę refleksji nad tym co dookoła – wow szuka mnie !!! :-)
Kogoś, kto niekoniecznie każdy weekend spędza w modnych klubach – coraz lepiej
Monogamista – duży plus
Nie palę – no bravo Jasiu, ideał.
No to piszemy do Niego…
Drogi Nieznajomy…
O odpowiedział.
I fotkę załączył.
AAAAAaaaaaaa ratunku.

Ja wiem, że sam nie jestem ideałem i może ktoś tak samo ucieka widząc moją fotkę, ale mam tu teraz pytanie do Boga.
Czy naprawdę przy produkcji nowych egzemplarzy nie da się połaczyć obu tych kolejek PO ROZUM i PO URODĘ.
To znacząco ułatwiłoby sprawę szukania Księcia z Bajki.

No bo co ja na to poradzę, że nawet jeśli facet intelektualnie jest czarujący, ujmujący i wiem, że mógłbym i może nawet chciałbym z nim być to jeśli choć w minimalnym stopniu mnie nie pociąga fizycznie to wiem, że nic z tego nie będzie.

A może, to mnie trzeba zareklamować tam na górze ?

Spoza środowiska tzn skąd ?

Spotkałem się w niedzielne późne popołudnie na kawie z dość sympatycznym i miłym człowiekiem, którego w trakcie rozmowy całkiem świadomie schlastałem swoją opinią o ludziach spoza środowiska.
Nie cierpię tego określenia, bo jest niczym innym jak tylko tragicznym uogólnieniem i powielaniem stereotypów.
A kto jak kto ale geje właśnie powinni unikać prostych uogólnień i stereotypowego myślenia.
- No bo wiesz, ja nie chadzam do gejowskich klubów, ja w ogóle nie chce mieć nic wspólnego z tego rodzaju ludźmi
No jak coś takiego słyszę, to aż mnie rzuca.
Gdyby ktoś powiedział tylko pierwszą część tego zdania to wszystko w porządku.
Nie każdy gej musi przecież chodzić do gejowskich klubów.
Nie ma takiego obowiązku.
Część z gejów nie chce bądź po prostu nie może się w takich miejscach pokazywać, ze względu na zajmowane stanowisko czy piastowany urząd.
OK
Można też nie lubić muzyki która tam grają, można w ogóle nie lubić tańczyć.
Też OK.
Niektórym, część z klubów rani ich poczucie estetyki i nie zawsze chodzi o to, że w niektórych z nich jest po prostu brudno.
Też OK
Ale co do jasnej cholery znaczy druga część wypowiedzi ?
Ano w ustach „tych spoza środowiska” chodzenie do klubów jest złe.
Jest niecne, brudne i na pewno każdy kto tam idzie, idzie tylko po to by się ruchać.
I na nic przekonywanie, że ja chodzę tam, tylko po to by sobie potańczyć, czasem spotkać znajomych czy po prostu popatrzeć na tańczących facetów.
To wszystko nie jest ważne, bo w ich oczach jestem już „ze środowiska”
Nic mnie nie tłumaczy.
Winny.
Mam spermę na rękach.

Całe szczęście, z wiekiem coraz mniej się tym przejmuję.
What have you done today to make you feel proud?