Love is on the air… czyli notka na raty.

Podobno od przybytku głowa nie boli.
W ten weekend powinienem odbić się przez kalkę by mieć dla wszystkich tyle czasu ile bym chciał im poświęcić.

No bo przed urlopem trzeba trochę więcej popracować, dopiąć wszystko na ostatni guzik i to na ogół trwa długo dłużej niż się zakłada.
Mama obchodziła imieniny.
Rubmuś z Dobrym zawitali wreszcie do Łodzi.
Anetka i 306 też wybrali Łódź na weekendową randkę.
A ja jeszcze muszę się spakować i pędzić jutro do Misia.

Może jestem staromodny ale nie lubię być na spotkaniu i ukradkiem kontrolować czas i zastanawiać się czy już jestem spóźniony na drugie czy jeszcze kolejne spotkanie cz jeszcze mogę posiedzieć 5 minut.
Z drugiej strony wiem też, że zasada im bardziej się starasz i chcesz być dla wszystkich prawie zawsze obraca się ku – tym bardziej wszyscy mają Ci za złe, że nie jesteś dla nikogo.
Mam nadzieję, że tym razem udało mi się jakoś wszystkich pogodzić.

Najpierw piękny jesienny bukiet dla mamy. Rodzinka i klasyczne imieniny czyli chwila przy stole, życzenia, toasty i dobre jedzonko.
Potem doradzałem Anetce przy zakupach w Galerii.
Pojawił się 306.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i coś zjedliśmy.
Dotarli Rumbuś z Dobrym.
Wspólna kawa.
„Wymiana ekipy” (czyt. to my z Anetką już pójdziemy, zostawiamy Cię z Rumbusiem) krótka przejażdżka po Łodzi – w końcu jestem lokalnym patriotą a Pałac Poznańskiego najładniej wygląda wieczorem gdy jest pięknie podświetlony.
Potem „Wales & Gromit” w SilverScreenie i Narra na finał.

Trochę się obawiałem zabrać Rumbiego i Dobrego do Narra – bo przecież wszyscy wiedzą, że w sobotę gra Matrix a to może oznaczać tylko tyle, że będziemy tańczyć do poszczególnych kawałków lub przez cały czas podpierać ściany bo ogólnie będzie kicha.

Dygresja.
Swoją drogą, to naprawdę dziwne, że nikt Matrixowi jeszcze nie powiedział, że Love Parade już muzycznie umarła, łódzki Alcatraz od dawna zamknięty a na chamską, niemiecką rąbankę skończył się sezon jakieś 5 lat temu.
To może ja będę tym pierwszym odważnym.
Matrix, chłopie graj coś dla ludzi a nie dla siebie.
koniec dygresji

Tym razem nie było jednak aż tak źle jak powiedzmy 2 tygodnie temu, choć „SuperDJ”; po raz kolejny puścił Prodigy.
No ja to mogę mieć do tego zespołu sentyment, bo stary już jestem i pamiętam jak to wchodziło na Listy Przebojów ale przecież te głupie 17-sto, 18-sto letnie wyfiokowane larwy co to bez papierosa czy piwa nie wyjdą na parkiet a przychodzą do gejowskiego klubu popatrzeć sobie na dziwaków zupełnie tego nie znają a co za tym idzie nie umieją tego tańczyć.
Dramat.

Dygresja 2
Właśnie, a propos tańczenia…
Nic mnie tak nie wkurwia jak ludzie tańczący ze szklanką piwa w dłoni.
No przecież nie ma bata – wcześniej czy później w musi się wylać albo cała szklanka wymsknie się z dłoni i katastrofa gotowa.
A potem parkiet się lepi.
Więc wszyscy pijący mam do Was prośbę – wbijcie sobie do tych swoich łebków, że albo się pije albo się tańczy.
Picie i tańczenie to wiocha i obciach !!!

Druga opcja za którą jestem gotów zabić to tańczenie i wymachiwanie łapą w której trzyma się papierosa.
Tu jestem jeszcze bardziej ortodoksyjny.
Zauważyłem, że dotyczy to głównie dziewczyn.
Ja wiem, że większość z nich jest tak brzydka, że jedyną rzeczą jaką może wziąć do ust jest papieros, ale do jasnej cholery, albo się pali albo się tańczy.
Ostrzegam, że będę lał po łapach jak ktoś obok mnie będzie palił i tańczył.
koniec dygresji

… a teraz właśnie wyjeżdzam …
… dokończę później …

No i później zrobiło się bardzo późno.
Ale nie zapomniałem o czym chciałem wtedy napisać.
Chodziło mi o to, że na ogół wybierając się do Narra jakoś zawsze się człowiek lalunił trochę.
No bo trzeba dobrze wyglądać na parkiecie.
Tym razem poszliśmy tam z Rumbusiem i Dobrym tak z biegu.
Ja w jeansach, białej podkoszulce i bluzie z kapturem.
Wogóle jednak nie przeszkadzało mi to w zabawie.
Pierwszy raz będąc w Narra kompletnie nie interesowało mnie w co jestem ubrany, jak wyglądam i czy widać te moje kilogramy które zawsze wcześniej starałem się skrzętnie ukryć.
A wszystko dlatego, że byłem tego wieczora odziany w miłość.
Mimo, że Miś był daleko a ja tam na parkiecie sam…
no prawie sam, bo Lodzperson również szalał…
to czułem jego obecność każdym fragmentem swego ciała.
I nawet jeśli dookoła byliby sami najwspanialsi i najprzystojniejsi faceci na świecie to nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.
Bo ja kocham i wiem, że jestem kochany.

Bycie zakochanym to wspaniałe uczucie !!!

Prague

I confirm you the booking of the apartment in the term 23rd – 26th October, 3 nights, 2 guests.

W poniedziałek rozpoczynamy urlop.
Wprawdzie Praga miała być w pierwszym tygodniu ale ciężko było z miejscem noclegowym i terminami.
Dlatego będzie trochę odwrotnie.
Ale to przecież nie ma najmniejszego znaczenia kiedy… ważne że z Nim.

Bardzo się cieszę na ten wyjazd, bo miałem już kilka okazji by być w Pradze ale jakoś zawsze coś się nie zgrywało.
Tym razem mam nadzieję, że wszystko się uda a dodatkowo będę miał najprzystojniejszego przewodnika, bo Marcin już kiedyś był w Pradze.

Przy okazji będziemy mieli okazję zwiedzenia hallu polskiej ambasady w Pradze.
Trzeba przecież jakoś zatrzymać ptasią grypę, którą podobno przenoszą kaczki.

Magia ekranu.

Kiedyś w jednym ze swoich licznych felietonów Leszek K. Talko publikowanych w piątkowej Gazecie Telewizyjnej napisał o swoim czerwonym swetrze.
Rzecz była w wielkim skrócie o tym, że mimo, iż przez lata pisał artykuły do gazety, udzielał się w radiu, właściwie stał się ekspertem w swojej dziedzinie to nikt go jakoś specjalnie nie kojarzył.
Przy jakiejś okazji pojawił się w tytułowym czerwonym swetrze w telewizji i nagle wszyscy go zaczęli rozpoznawać.
Pointa była taka, że wystarczy na chwilę zaistnieć w telewizji a już wszyscy Cię rozpoznają.

Ciekawe w co moje Kochanie było ubrane podczas wywiadu ?

Czarna chusta

Przyjechał w sobote rano.
Lekko spragniony – ale to wszystko przez Lindis a nawet jeśli nie przez nią… to i tak przez nią.
No ktoś musi być winny prawda ?
Lindis balowała w piątek we Wrocku razem z Marcinem do wczesnych godzin rannych.
A tak na serio to oczywiście o nic się nie obruszam, bo Mar jest już dużym chłopcem i wie co robi…
(miejsce na perwersyjną dygresję – oj wie, wie!!!)
… a poza tym ufam mu więc jest OK.
Chwila u mnie w domu i przyjazne progi hotelu stanęły przed nami otworem.
No nie będę tu ściemniał, że rozmawialiśmy o literaturze renesansu czy XIX-wiecznym malarstwie.
Było długo, namiętnie i ze szczyptą perwersji.
Marcin napisał u siebie, że przy mnie nie musi się wstydzić swoich twarzy.
Ja przy Nim też się nie wstydzę tego, że czasem i moje pragnienia przez większość ludzi skwitowana zostałaby w najlepszym wypadku dziwną miną okraszoną tekstem, „no ale tak nie wypada”.
Przecież każdy ma jakieś ukryte pragnienia a spełnianie ich razem z kimś kogo się kocha i komu się ufa jest tylko świadectwem tych uczuć.

To, żeby perwersyjnie zakończyć tę notkę a przy okazji zostawić uchylone drzwi dla niedomówień i domysłów powiem tylko, że tytułowa czarna chusta była bardzo przydatna.
I niech każdy sam sobie resztę dointerpretuje…

Hmm..

No weź coś napisz, bo nie ma co czytać.
Napisałbyś coś po tym waszym miodowym weekendzie.
Miśku napisz coś, bo obiecałeś.

Hmmm…
No dobra, to coś napiszę.
Tylko co ?
Przecież ogólnie wiadomo, że jak artysta głodny to bardziej płodny.
I jak się jest nieszczęśliwym to się więcej tworzy i tworzywo wtedy jakies takie bardziej przejmujące bo niby takie uduchowione a TFUrca cierpi i walczy z otaczającą go rzeczywistością o lepsze jutro.
Znaczy współczucie nasze budzi od razu.
A o co ja niby mam walczyć – dobrze mi z NIM. Każdego dnia czuję że kocham Go mocniej a On mnie…
Za chwilę zaczynamy urlop, więc szykują się wspaniałe dwa tygodnie.
No bosko jest.

I podobno to po mnie widać, że jestem zakochany.

The world is mine

Zapisałem się na angielski.
Tak dla przypomnienia.
W liceum angielski z Helen był moją ulubioną lekcją.
Helen, originally from USA, przyjechała do Polski w ramach Peace Corps.
Podobno miała do wyboru albo nas albo Rumunię.
Trzy razy w tygodniu mieliśmy z nią konwersacje i najważniejsze co z nich wyniosłem to przeświadczenie, że trzeba nie bać się mówić.
I co z tego, że może to nawet brzmieć trochę jak Kali zjeść krowa ale to nie ważne.
Trzeba przełamywac strach przed mówieniem a błędy same jakoś potem ustąpią.
Poza tym Helen wespół z namiętnie oglądanym wówczas na MTV Beavis’em & Butt-head’em zaszczepili we mnie uwielbiebie dla american-english.
Moja nowa lektorka – Kaja ma za to piękny brytyjski akcent.
Kilka razy podczas zajęć złapałem się na tym, że mniej zwracam uwagę na to co mówi, bo wszystko rozumiałem, ale jak mówi.

Poza angielskim znam… albo bezpieczniej będzie powiedzieć, że przymuszany przez system, uczony byłem rosyjskiego w szkole.
Najwięcej nauczyłem się go będąc u ojca na kontrakcie jeszcze w dawnym ZSRR.
Jakiś czas temu jak byłem u Helki ten zapuścił jakis program z Ałłą.
Sam się sobie dziwiłem, że po prawie 10 latach kompletnego braku kontaktu z rosyjskim ciągle wiele pamiętam.
Ktoś powie, że patrzcie jakie stary system wywarł na mnie piętno, ale muszę się przyznać, że z przyjemnością słuchałem Doriana, który zna ten język perfekcyjnie.
Przy okazji pozdrawlaju Was, kak Wam tam w Maskwie dorogije malcziki ?

Zawsze podziwiałem ludzi którzy znają wiele języków.
Bo ja niestety nie należę do tych którym ich nauka przychodzi łatwo.
Chciałbym nauczyć się kiedyś francuskiego, bo to piękny język i mam do niego słabość.
A poza tym z pewnością zachwalanie zalet mojego samochodu w języku jego producentów brzmi dużo lepiej.

Coraz częściej myślę też o hiszpańskim, bo podobno łatwy… i w Polsce taki ciągle trochę egzotyczny.

Zupełnie za to nie kręci mnie niemiecki.
Nie lubię tego języka i jakby propagandowo nie zamierzam się go uczyć.
Całe szczęście Marcin zna go bardzo dobrze, więc jak już Breslau wróci do Rzeszy to przynajmniej jedno z nas się dogada.

So… I’m going back to work now, ’cause I feel that my chances to earn first million before 30, each day go into the list of my unavailable points.
/no dobra… ile błędów popełniłem w tym zdaniu ?/

Marcin

Właściwie to brzmi trochę dziwnie, że po ledwie tygodniowej znajomości obydwaj mówimy sobie, że się kochamy.
Przecież ja go praktycznie nie znam, On mnie zna tylko z bloga…
Niemniej On jest jedną z tych osób z którymi spotykasz się i zamieniając kilka zdań masz wrażenie, że znacie się od dzieciństwa, że wasze poglądy są w wielu sprawach zbieżne.
Postrzeganie świata i rzeczywistości u obojgu jest podobne a w wielu innych kwestiach On mówi rzeczy o których Ty właśnie pomyślałeś i odwrotnie.
Idealne uzupełnienie.
Gdy dodamy do tego atrakcyjny wygląd, wybucha uczucie, rządza i chuć.
Pierwsze muśnięcie dłoni, pierwszy dotyk, pierwszy pocałunek i masz ochotę na więcej i wtedy obie strony już wiedzą, że nikt i nic nie powstrzyma tego pędzącego expresu pożądania.
Marcin opętał moje myśli, moje marzenia.
Śniłem o nim przez cały poprzedni tydzień, odliczałem godziny do przyjazdu rozmawiając długo przez telefon.
Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi hotelowego pokoju nasze usta, języki i ciała rozpoczęły miłosny taniec.
Byliśmy jedną wielką namiętnością a jego boskie ciało przenosiło mnie gdzieś w odległe krainy rozkoszy.
Nie skłamię gdy powiem, że większą część weekendu spędziliśmy kochając się.
Poznając swe reakcje, oczekiwania i odkrywając miejsca dzięki którym jeden drugiemu mógł serwować boską rozkosz.

Ale były też rozmowy.
Dużo rozmów.
Takich o doświadczeniach z przeszłości ale też o oczekiwaniach i nadziejach, no i te najważniejsze – o wspólnej przyszłości.
Bo przecież ja tu a On tam.
Gdy kogoś poznajesz i ulegasz jego urokowi a chwilę później zamieniasz to uczucie na miłość chcesz wszystkiego już i natychmiast.
Najchętniej byś z ramion go nie wypuszczał, wszystko robił razem, był jego cieniem.
Lecz na dłuższą metę tak się nie da.
On powiedział, że rosną mu skrzydła ale czeka tez na to gdy miną pierwsze uniesienia i przyjdą spokojne zwykłe dni.
Też na nie czekam.
Trochę się boję odpowiedzialności którą na siebie przyjąłem szepcząc mu do ucha, że to dla Niego są moje uczucia i że z Nim chce teraz być i iść i budować i martwić się, smucić i cieszyć.
On też tego chce.
Zależy mu.
Ja to czuję.
I tak sobie myślę, że uda nam się.
Bardzo tego chcę… chcemy.

I to co poniżej to nie na pokaz, choć mam ochotę wykrzyczeć to całemu światu, ale cóż taki już przywilej zakochanych.
To co poniżej ma świadczyć o tym, że przyjmuję tę ogromną odpowiedzialność za nas i naszą przyszłość.

Kocham Cię Marcinie.

Urażone księżniczki a sprawa przyjaźni.

No dobra… może w poprzedniej notce było za ostro.
Z naciskiem na MOŻE.
Bo w ogóle w całej sprawie to słówko jest bardzo ważne.
Wydawało się, że pisząc o tym jaki jestem zakochany nie przekroczyłem cienkiej granicy przesłodzenia tak barwnie określonej przez Helio jako „Jak fajniusi jest mój mysio-pysio, cium cium cium”.
Zresztą nikt się nie skarżył.
Ale może Helio czytał innego bloga a potem mu się pomieszało ?

Ja wiem, że jak mówili w Matrixie, kod zakochania podobny jest do kodu szaleństwa, ale żeby od razu wyjeżdżać z życzeniami o „chwilkach-debilkach” ?
Cesarz w swej mądrości powinien umieć wznieść się ponad to.
Powinien.

Odpowiedziałem nie przebierając w słowach, sorry, może nie powinienem.
Wróć, na pewno nie powinienem, ale przynajmniej Helio poświęcił mi notkę na swoim sławnym cesarskim blogasku.
W której to notce maluje jakże piękny obraz tego, że jak moja nowa wielka miłość mnie rzuci to będę sam bo kazałem się pierdolić przyjaciołom.
No to ja bardzo dziękuję, cesarzowi, że już na wstępie wierzy, że mój nowy związek za jakiś tam czas się rozpadnie.
Mam nadzieję, że tym razem z nikim się o to nie zdążyłeś założyć.

Dalej Helio napisał:
„Jak ktoś chce, to przemyśli i przeprosi (…) choć Heliogabal na to ostatnie nie liczy”
No to Cię zadziwię drogi Helio.
Nawet sam siebie trochę zadziwię, bo powinienem przywalić mocniej, na zasadzie, jak chcesz wojny to ją będziesz miał.
Ale to do niczego nie doprowadzi.
Wprawdzie trochę mnie zawiodłeś, bo i owszem spodziewałem się, że ktoś z przypadkowych gości bloga może coś w podobnym guście naskrobać, ale nie sądziłem, że to będziesz TY.
No cóż…
Mimo wszystko, PRZEPRASZAM JEŚLI POCZUŁEŚ SIĘ URAŻONY.

Mam tylko nadzieję, że i Ty przemyślisz pewne sprawy i w przyszłości inaczej będziesz „z przymrużeniem oka” komentował moje notki.

A poza tym to uważam, że to wszystko, przez to, że się dawno nie widzieliśmy.

Szczęście…

…w oczy kole.
Chyba nawet mocniej niż prawda.

Weekend był wspaniały.
Taki cium-cium, buzi-buzi.
Nie zamierzałem tak tego tu opisywać ale zostałem wręcz wywołany do tablicy przez Helio.
No to będzie po całości bo mnie wkurzył do spółki z cristoforo.
Otwiera człowiek w poniedziałek rano (około 13.00) bloga, zagląda do komentarzy i co widzi.
Opinie ludzi których lubi i jakoś tam ceni czyta a jad lejący się z monitora wypala dziury w klawiaturze.

Może i faktycznie mnie walnęło, może i jestem nieznośny w tym jak mocno jestem zakochany ale mam do tego prawo.
Długo na to czekałem i dostałem od niebios nagrodę.
Najwspanialszą pod słońcem.
Zatem Drodzy Państwo zniesmaczeni moim szczęściem – wypierdalać !!!