Nie jest dobrze

Ze mną.
Bo zaczynają mi się podobać piosenki Comy.
A poza tym ostatnimi czasy coraz częściej dopada mnie myśl, że chciałbym mieć dziecko.

I tylko nieznośna jest pewność, że to wszystko jest elementem kryzysu który przechodzę.
Możecie to nazwać kryzysem wieku średniego – choć dla mnie to raczej ból dojrzewania pewnych życiowych decyzji.

Sex opala

Turnus mija a ja niczyja.
No jak na złość przez cały tydzień nic się nie działo na tej plaży na Stogach.
Aż do ostatniego dnia.

18 lat
Mateo
W przyszłym roku zdaje maturę.

Było naprawdę cudownie.
Długo, namiętnie i tylko wieczorem okazało się, że w pełnym słońcu bo byłem dość mocno spieczony.
A właściwie to wyglądałem jak jedna wielka truskawka.
No ale jak się prawie cały dzień spędziło baraszkując na wydmach to nie ma się czemu dziwić.
Nawet najlepszy filtr byłby starty przez chuć i pożądanie.

Faktoria

Udałem się w sobotni wieczór.
Kiedyś już byłem w tym klubie i podobało mi się.
Ale wtedy było poza sezonem a teraz przełom lipca i sierpnia i pół Polski które już wróciło albo jeszcze nie wyjechało na zagraniczne wojaże zjechało do Sopotu.
Warszawska lanserka, trójmiejskie „elyty”, pseudo-SM-owe miśki jakby z Berlina i rzesza turystów tworzyły naprawdę ciekawą mieszankę.
Na parkiecie nagie torsy i wystraszone gay-hugs ze swoimi miniaturowymi torebuniami, nawalone przegięte nastoletnie cioteczki w zbyt ocisłych podkoszulkach i z fryzurami żywcem wyjętymi z fryzjerskich katalogów i… sól gejowskiej ziemi czyli po prostu fajni i naturalni faceci w okolicy 30-stki.
No muszę się przyznać, że kilkukrotnie zaśliniłem się jak nastolata na widok wzwiedzionego członka.
Przede wszystkim na widok pewnego przystojnego, opalonego faceta z brodą o urodzie (i takowej budowie ciała) kanadyjskiego drwala.
I jeszcze żeby nie było, że natura sprawiedliwie rozdziela dary to facet miał tak zabójczy uśmiech, że mógłbym tam przed nim klęknąć i zrobić laskę nawet na środku parkietu.
A… i czy ja już mówiłem, że przez cały wieczór defilował po klubie bez koszulki.
Prowokator jeden.
No jak by mi ciśnienie zmierzyli gdy on przechodził obok to normalnie nie powinienem żyć.
Wiem, że ma na imię Andrzej, około 25 lat, podobno związany i niestety ja będę w jego targecie gdzieś tak za 10 lat bo lubi starszych.
Fuck.

Za to pojawił się nieco później stary dobry znajomy – Damian, facet właściciela sopockiej sauny. On zawsze mi się podobał i doskonale o tym wie, bo kiedyś mu to wyznałem. Chyba mnie w tym roku nie za bardzo skojarzył, bo dopiero interwencja Danzigera przedstawiającego nas sobie wzajemnie odświeżyła jego pamięć.
Damian jest idealnym przykładem na to, że czas nie zawsze musi działać na niekorzyść.
Z roku na rok wygląda On lepiej, choć zawsze pojawiają się wątpliwości czy można jeszcze lepiej. Jak się okazuje – można.

Mnie znów nikt nie podrywał, poza jedną pijaną dziewczyną która koniecznie chciała się dowiedzieć czy jestem gejem czy nie bo jak stwierdziła
„Nie chce marnować czasu na podryw jak Ty bzykasz chłopców”
No to biedactwo musiało szukać innej ofiary.

Ale i tak pierwszy, sierpniowy sobotni wieczór zaliczam do bardzo udanych.
Zwłaszcza powrót był ekscytujący, bo z pewnym przystojniakiem macaliśmy się wzrokiem jadąc obok siebie aż do samej stacji benzynowej przy Miramarze.
No i jedzenie hot-dogów strzelając do siebie oczami też może być fajne.
Niestety koleżanki Pana Przystojnego koniecznie chciały już jechać a On robił za kierowcę.

Stogi

Krzysztof, mój wakacyjny gospodarz mieszka w urokliwej i co tu dużo kryć ekskluzywnej (no w końcu nie byle jakich znajomych się ma) gdyńskiej dzielnicy.
Ale xell od kilku już lat nie lubi mieć nieopalonych pośladków, więc co dzień pędził na gdańskie Stogi by tam móc spokojnie wygrzewać się nago.
Gdańsk rozkopany wzdłuż i wszerz więc moja trasa wyglądała tak: obwodnicą aż do Oruni a potem w stronę starówki i skręcamy na Warszawę i dalej bez problemu albo przez Przeróbkę albo przez ten nowy most prosto na Stogi.
Na finał jeszcze prawie godzinny spacer lasem i plażą i już byłem na miejscu.

stogi.jpg

W sumie to tylko pierwszego dnia dziwiłem się, że jakakolwiek wydmowo-leśna aktywność seksualna zupełnie w tym roku zanikła. Gdy drugiego dnia dotarłem na plaże zlany potem bo żar z nieba się lał niemiłosierny (a przypomnę tylko, że to nie były już te największe upały) sam nie miałem na nic ochoty poza kąpielą w morzu. Gdzie by kto tam o seksie jakimś myślał.
Całe szczęście, że Bałtyk w tym roku w lipcu dorównywał Morzu Śródziemnemu.
Temperatura powietrza 26-28 stopni – temperatura wody 24 stopnie.
Aż się nie chciało z wody wychodzić.

Gdy się już człowiek odmoczył i odpoczął warto było się porządnie rozejrzeć dookoła.
Naród nam zdecydowanie wypiękniał i jakoś tak bardziej dba o siebie a tubylcy spokojnie mogą być nazywani mulatami. No ale jak słońce od czerwca dawało czadu to czemu się dziwić, że taki heban złapali.
Poza tym w tym roku chyba po raz pierwszy wejściówką na Stogi przestał być ostatni odcinek emerytury, bowiem sporo młodych golasów można było spotkać, ciesząc tym oczy.

Oczywiście i na tym polu Łódź przoduje – jednego dnia naliczyłem aż 10 krajan na plaży.
No i przy okazji przekonałem się na własne oczy o co jest takie wielkie halo w stosunku do Lodzmena. No fakt… trochę wielkie to halo.

Powrót był o tyle łatwiejszy, że z plaży na ogół wyganiał mnie głód.
Całe szczęście w drodze powrotnej była IKEA i jej obiadowe zestawy ze szwedzkimi klopsikami.
Mniam

Tramwaj Sopot

25 lipca – w dniu mojego przyjazdu Krzyś obchodził imieniny więc przyjemne obowiązku trochę go przytrzymały.
Ja w tym czasie wybrałem się na Monciak.
Nie jestem przeciwnikiem kurortów, zdecydowanie lepiej się w nich czuję niż w tzw. głuszy z dala od cywilizacji, ale to co zobaczyłem na Monciaku przeszło wszystkie moje wyobrażenia o kurorcie.
Ścisk niczym w tramwaju w godzinach szczytu rekompensował tylko fakt, że co chwila ocierałem się o jakichś przystojniaków do tego prawie zupełnie nieodzianych.
No i jakby nie patrzeć prawie wszyscy mi się przyglądali – na tle tłumu wczasowiczów wyróżniałem się bowiem całkowitym brakiem opalenizny.
Prawdziwe White Power

Po przedarciu się bliżej mola zauważyłem, że wśród tłumu na ulicy dość łatwo odróżnić Polaków od sporej już grupy obcokrajowców.
Ci z cyfrówkami na szyi to Japończycy, z kolei Ci zapięci pod samą szyję nawet w upał kiwający głowami przed każdym budynkiem, jakby chcieli bezgłośnie powiedzieć „o a tutaj na drugim piętrze to Jurgen wziął pierwszy raz Helgę” to byli naziści dziś nazywani tez pieszczotliwie hitlerowskimi suwakami (to od sposobu poruszania się) a Ci upaleni i pijani to na bank Angole,

Lubię Sopot.
Nawet bardzo.
Gdyby mnie tylko było na to stać przeprowadziłbym się tam choćby dziś.
To miasto ma swój wspaniały i niepowtarzalny klimat
A na mojej prywatnej liście miejsc w których chciałbym mieszkać Sopot tylko o włos przegrywa z Helem.
Bo na Helu to my razem z Rumbusiem kiedyś zamieszkamy.

Polskie drogi

Przekładałem, przekładałem ale w końcu wybrałem się na wakacje.
Jak przed rokiem postanowiłem skorzystać z gościny Krzysia z Gdyni i pouprzykrzać mu życie swoją osobą przez tydzień.

Rok temu jechałem nad morze nocą ale w tym roku nie wyrobiłem się ze wszystkim tak jak początkowo liczyłem więc musiałem jechać w dzień.
Tak naprawdę nie zdążyłem jeszcze porządnie wyjechać z Łodzi a już żałowałem tej decyzji.
Policja poluje na piratów drogowych kompletnie olewając to, że po Polsce w ogóle nie da się jeździć.
Każda byle jaka wiocha za punkt honoru stawia sobie ustawienie ograniczenia do 40 km/h jakby nie wiadomo co tam było w niej do oglądania.
Najbliższa chałupa stoi ze 40 metrów od drogi, żywej duszy nie ma bo wszyscy tyrają w polu ale ograniczenie obowiązuje.
To ja się pytam – po chuj ?

Kierowcy nie są debilami i po prostu po przejechaniu jednej czy drugiej takiej miejscowości z bezsensownymi ograniczeniami w trzeciej i czwartej miejscowości olewają je.
I słusznie, bo ze prawo psuje i demoralizuje, ale urzędnicy chyba nadal tego nie wiedzą.

Jednak to jeszcze nic; w tym roku Mistrzem Świata w Głupocie Ograniczeń Prędkości zostaje Włocławek gdzie właściwie przez całe centrum obowiązuje ograniczenie do 30 km/h !!!
Szkoda, że jeszcze progów zwalniających nie zainstalują.
Oczywiście domyślam się skąd takie ograniczenie, bo jak porządnie popada to na włocławskich ulicach mają rynny takie żywcem wyjęte z Aquaparku.
Są miejsca gdzie koleiny są głębokości 15 cm i faktycznie mogą stanowić realne niebezpieczeństwo ale zwykle koleiny są na jednym pasie a ograniczenie obowiązuje na całej trzypasmowej drodze.
No ale przecież jest okazja zarobić trochę.
Drogówka powinna w takich przypadkach być uznana za zbrojną organizację przestępczą o charakterze mafijnym wymuszającą haracze od kierowców.
Krócej – to zwykłe skurwysyństwo jest.

Kolejna rzecz, to użytkownicy dróg.
Nie ma się co dziwić, że niektórzy gnają jak szaleni.
Po prostu jak się pojedzie kawałek podobno najważniejszą drogą w kraju – drogą krajową numer 1 to faktycznie chce się depnąć ile fabryka dała by uciec z tej trasy.
Kogo można spotkać na „Jedynce” – rowerzystów, furmanki, ciągniki, kombajny brakuje jeszcze pielgrzymek, strajkujących bezrobotnych i Elvisa.
Tragedia.
I faktycznie do wyboru są dwie opcje albo człowiek włączy pierwszą kosmiczną i pędzi środkiem 150 km/h albo turla się z całym tym bajzlem żółwim tempem.
W drugiej opcji urlop skraca się o kilka dni bo przejazd z Łodzi nad morze trwać może 2 dni.

Zresztą jakiś czas temu czytałem raport jednego z magazynów motoryzacyjnych w którym zamieszczono relacje z podróży na trasie Wrocław – Warszawa. Dziennikarze postanowili przejechać całą trasę w 100% zgodnie z przepisami, stosując się do wszystkich ograniczeń prędkości. Zajęło im to prawie 10 godzin.
Kierowca po 10 godzinach trasy jest tak samo niebezpieczny ze zmęczenia jak pirat pędzący 150 km/h.

Po 3 godzinach jazdy dojeżdżałem do Torunia.
Skręciłem na starówkę i wybrałem się na obiad.
W Sphinxie odbywały się chyba wybory najwolniejszego kelnera całej sieci.
Czekając na zamówienie zacząłem wierzyć w fatum, że może to wszystko mi mówi, żebym nie jechał nad to morze.
Potem kupiłem pudełko toruńskich pierników, bo moherowych beretów z logiem miasta jeszcze w sklepach z pamiątkami nie znalazłem, dla gospodarza.

Po kolejnych 3 godzinach byłem już w Gdyni.
Alleluja.

xell Lesiak

Mimo, że nie piszę zbyt regularnie to mam ten niesamowity zaszczyt posiadać wiernych czytelników.
Czasem patrząc na siebie i widząc twórcze blogowe lenistwo jest mi ich po prostu żal, że nie otrzymują ode mnie pełnowartościowego towaru w postaci codziennie świeżych notek.
Przepraszam Was drodzy czytelnicy.

Ostatnio poszperałem trochę w statystykach odwiedzin.
Oto efekty.
Najczęściej bloga czytają w Polsce, co oczywiście nie dziwi. Kolejnym krajem po bezpośrednim adresie IP i domenie .net są Niemcy (1.23 % udziału)
Czytają mnie również w Danii, Irlandii, Holandii, we Francji i na Wyspach, co ze względu na sporą emigrację może nie dziwić
Dalej za to robi się coraz ciekawiej.
Cypr, Japonia i Australia

Przyznać się… kto wchodzi z Kangurolandii ?

Ciekawe są także tabele ostatnich odwołań.
Jeśli raz pojawia się w nich jakiś ciekawy adres to na ogół uznaję to na pomyłkę.
Może ktoś zajrzał do mnie bo mu się palec omsknął przy wpisywaniu adresu.
Ale gdy ciekawe adresy powtarzają się to o pomyłce nie może być mowy.
Zdemaskuje teraz te ciekawe odwołania niczym listę agentów z szafy Lesiaka.
Wchodzi ktoś do mnie z londyńskiego oddziału banku Paribas – pozdrowienia dla światowej finansjery.
Mam czytelników wśród znamienitych radiowców – radiozet.pl, kolornet.pl – również przesyłam ciepłe słowo.
I co najciekawsze – jestem obecny na komputerach przy Wiejskiej, tylko nie wiem czy to jakikolwiek powód do dumy. Niemniej pozdrawiam gościa bądź gości z sejm.gov.pl.

No normalnie Wierzejski miał rację – pedały są wszędzie.
Nie szara a różowa sieć.

Gorbaczow w Warszawie

Poranna, łóżkowa rozmowa wiele wyjaśniła.
Wiele wyprostowała i wskazała pewne nowe kierunki działania.
Będąc przez cały weekend na wyciągnięcie ręki od kogoś kogo nadal darzyłem ogromnym uczuciem, widząc jak flirtuje z przystojnym nieznajomym a noc później czując jego oddech na karku i ciepło jego ciała obok mojego targany byłem emocjami.
Przecież nadal chciałem z Nim być.
Podświadomie wiedziałem, że jadę tam spróbować po raz kolejny Go odzyskać.
No bo przecież w końcu cuda się zdarzają.
A On po raz kolejny mnie zaskoczył.
Zawsze doskonale to robił.
Był o krok przede mną i przed moimi własnymi pragnieniami.
Imponował mi tym niesamowicie.
Wyjeżdżając czułem się właśnie jak Gorbaczow w Warszawie.
Bo jechałem do miejsca które jeszcze kilka miesięcy temu „należało do mnie” a teraz jest już w pełni niezależne i samodzielne.
Właściwie powinienem być o to zły, ale ja czułem pewnego rodzaju dumę.
Że dobrze mu się wiedzie, że jest szczęśliwy, że nic złego mu się nie stało.
I choć nie należy już do mnie to cieszę się z tego gdzie jest teraz.

Lipcowy Wrocław cz.3

Gdy wracaliśmy do Wrocławia właśnie wstawało słońce.
Zapowiadał się wspaniały dzień ale my przynajmniej pierwszą jego połowę zamierzaliśmy przespać.
Tym razem between położył się ze mną.
Nie gryzłem ani nie rzucałem się na niego z żądzą w oczach.
Może dlatego, że po prostu nie miałem już na to siły po całonocnej zabawie na lotnisku w Mirosławicach.
W czasie snu kilkukrotnie właściwie bezwiednie się w niego wtulałem.
Nie oponował, nawet odwzajemniał się tym samym.
Obudziliśmy się we własnych objęciach.
Czułem się dziwnie, bo to pierwsza z Nim noc od rozstania i myślałem, że raczej będę mieć chuć w oczach ale jakoś nie to było na pierwszym planie.
Poleżeliśmy jeszcze chwilę rozmawiając o ważnych sprawach.
To jedna z tych rozmów w życiu które zdecydowanie prostują postrzeganie widzianego obrazu.

Prysznic, a później Marcin zrobił pyszne śniadanie, trochę się pokręciliśmy i czekała nas już tylko podróż do Łodzi.
Gdy wyjeżdżając widziałem Jego i jego blok w lusterku wiedziałem już, że to ostatnie takie spotkanie we Wrocławiu.
Nawet powiedziałem do Miszala, że powtórka będzie już w Warszawie.