Na pijawki

A skoro już o modzie mówimy.
Będąc w Londynie poza fotkami zabytków cyknąłem kilka fotek pewnemu „zjawisku”
City, centrum europejskiej i światowej kasy, wypasione biura, dostojnie krążące limuzyny wiozące bossów finansjery którzy jednym telefonem szastają akcjami wartości PKB Bangladeszu i… obciachowe spodnie.

butylondyn1.jpg

No to jakiś shit jest.
Początkowo myślałem, że to odosobniony przypadek. Bo na górze ładne koszule, genialnie dobrane krawaty i marynarki od najlepszych projektantów a tu taka kupa przy spodniach.

butylondyn2.jpg

Co oni na pijawki chodzą w przerwie na lunch ?
Dramat.

Mokasyny i Tatiana Okupnik

No i zrobiło się ciepło, nawet bardzo.
To znaczy tylko w dzień, bo w nocy nadal minusowo.
Ale już dziś wyciągnąłem z dna szafy moje lniane spodnie.
Czasem jest dobrze posiadać obszerną szafę i do tego mieć wrodzoną niechęć do wyrzucania z niej czegokolwiek.
Poleży takie coś gdzieś na dnie ze 3 sezony i znów staje się modne.
To prawie jak Tatiana Okupnik powracająca właśnie z nową płytą, której teraz słucham. Miejscami brzmi jak pierwszy krążek Blue Cafe – ogólnie cała płyta nie powala. Liczyłem na coś więcej.

Ale ja tu o spodniach tzn o butach chciałem.
Ze swoją kolekcją butów powoli acz sukcesywnie zaczynam przypominać Imeldę Marcos, ale jak mówiła Patsy Stone „Nigdy nie jest za dużo kapeluszy, rękawiczek i butów…”.
Dziś biegałem po Manu i znalazłem piękne białe mokasyny w Aldo.
299 zł
No to czekam albo na takie upały, że już ich nie będę potrzebował bo będę hasał w moim boskich klapkach z NEXT’a albo na przecenę.
Ciekawe co w dobie globalnego ocieplenia przyjdzie wcześniej ?

A swoją drogą zupełnie nie rozumiem dlaczego za buty Made in China nie można płacić miskami ryżu – sądzę, ze jakieś trzy by wystarczyły.

Lagerfeld

No rzesz jego kurwa mać.
Jak jeszcze raz usłyszę, że Łódź jest biednym miastem i takie tu ogromne bezrobocie, że ludzie co do gara nie mają włożyć to jebnę.

Że niby taka bieda a po moim upatrzonym płaszczyku Lagerfelda za 850 zł już nie ma śladu w van Grafie.
Krasnoludki wykupiły.
A może krawaciarze z Warszawy na gościnnych występach ?
Choć jak widziałem torby z zakupami rasko gdy wpadł na jeden dzień do Łodzi to można Go o wszystko posądzać.
Bogata burżujska zdzira.

Na otarcie łez zostały kurtki Lagerfelda z tej samej kolekcji – ale sami przyznacie, że kurtka to nie to samo co płaszczyk długości przed kolano.
No to już nie ten sam lans.

Wprawdzie przemiła obsługa znalazła mi prawie taki sam płaszczyk innej firmy, ale przecież wszyscy wiedzą, że „prawie robi różnicę”.
Szczęśliwie zapomniałem o tej „różnicy” jak się okazało, że ten model chcą tylko 400 zł.
Stoczyłem prawdziwą bitwę o ostatni egzemplarz ale okazało się miał wadę i zamówili dla mnie inny.
Idzie z Wrocławia.

Może i oni będą mieli u siebie mecze Euro ale płaszczyka mieć nie będą.

Nadejszła wiekopomna chwiła

No drodzy moi czytelnicy… zapamiętajcie ten moment, bo to przełom jest.
Byłem w sobotę w Narra i okazuje się, że jednak można.
Można się tam fajnie bawić.
I przede wszystkim można grać fajną muzę.

DJ Matrix chyba jednak czyta blogi (przy okazji pozdrowienia jeśli tu zaglądasz) i wreszcie po latach wziął sobie te wszystkie uwagi do serca, przemyślał i… błysnął.
Tak dobrej muzyki w Narra to ja od lat nie słyszałem.
Choć oczywiście w krainie ślepców jednooki jest królem.

Bez żadnej wazeliny, bo i tak nic z tego nie mam, naprawdę chłopak zasługuje na pochwały.
Sobotni mix był naprawdę wspaniały i gdyby nie starcze ograniczenia mojego organizmu to nie schodziłbym z parkietu nawet na moment.
Grał tak, że nawet Teresę wciągnęło na parkiet i pląsała przy kilku numerach.

Wielu Matrixa krytykuje, bo trzeba przyznać, że dotychczas było za co.
Jego umiłowanie manieczek i chamskiego niemieckiego techno rodem z początku lat 90-tych było co najmniej zastanawiające, tym bardziej, że z racji wieku On nie mógł tego pamiętać na własnej skórze, znaczy się uszach.
Skąd zatem ta miłość – nie wiem.

Zapomniawszy na chwilę rodzaj muzyki, należy dostrzec fakt, że miksowanie też idzie mu lepiej niż kiedyś.
Zaraz ktoś powie, że inni takie postępy jak Matrix w rok robią w miesiąc i będzie miał rację ale przecież każdy z nas miał w szkole takich którzy zostawali na drugi rok w tej samej klasie.

Zapewne wspomniane „ale” były powodem ciągłych narzekań.
Naród jeździ po kraju, chodzi po knajpach i słucha.
Wprawdzie we Wrocławiu w H2O gra DJ Winamp, ale przecież nie chodzi o to by patrzeć na gorszych lecz by równać do najlepszych a do Moondka czy Nobisa jeszcze daleka droga.
Doceńmy jednak fakt, że Matrix wreszcie ruszył z miejsca.

Za ostatnią sobotę należy się pochwała – więc chwalę.

Mam tylko nadzieję, że nie chwalę dnia przed zachodem słońca i że miniona sobota nie była wyjątkiem i teraz na stałe już tak będzie.

Był szybszy

No i mam za swoje.
Znalazłem tego bloga już jakiś czas temu, przeczytałem od początku i wsiąkłem.
Bardzo mi się spodobało.
Miałem napisać o tym notkę, że polecam i dodaję go do linów, ale jakoś inne tematy zaprzątały moją głowę.
Koniec końców Ge mnie uprzedził i pierwszy napisał o tym nowym blogu.

Nie mniej wierząc w swój „dotyk Midasa” jeśli chodzi o promocję nowych blogów serdecznie polecam i będę wspierał.
Bo warto.
Panie i Panowie – grubiański.blog.pl

Na razie nie wiem skąd pochodzi grubiański więc pojawi się w nowej zakładce.

Sir Adam

Miłość jest wszędzie – to wiedzą wszyscy.
Jest i na salonach, wśród wytwornych, eleganckich i co tu dużo mówić pięknych ludzi ale jest też wśród tych, którym obojętnie czy w danym momencie czy na stałe do tych salonów jest nieco dalej.
Miłości się nie ocenia, nie wartościuje, że ta jest lepsza od tamtej.
Bo ta para jeździ Jaguarem, wypoczywa nad ciepłymi morzami a Ci tutaj to czule objęci mogą co najwyżej iść na spacer do parku bo na więcej ich nie stać.
Miłość nie zna też płci, rasy, wieku itd.

Nie wiem, czy ktoś pamięta taką wspaniałą piosenkę Gary’ego Barlowa „Forever love”
I nie mniej wspaniały do niej teledysk:

Piszę o tym, bo w komentarzu do poprzedniej notki W. z obrzydzeniem napisał „Bosze…co za towarzystwo…”
Fakt, w tym tramwaju różnie się działo.
Finał też nie należał do najciekawszych, bo oto okazało się, że pochłonięte przez Lodzpersona chipsy i wódka zamiast siedzieć grzecznie w żołądku zapragnęły wrócić na imprezę.
Lodzperson wysiadł na przystanku i był ciąg dalszy.
I w tym momencie wysiadł za Nim też Ge, który chyba momentalnie sam otrzeźwiał.
Usiadł na przystanku obok i próbował jakoś mu pomóc trzymając go jednocześnie robiąc dobrą minę do złej gry, czyli uśmiechamy się do całej zgrai tylko ciut mniej pijanych ciot w tramwaju.
Zachował się jak na prawdziwą damę przystało. Bree Van De Kamp mogłaby czerpać z Niego garściami.

Nie chcę tutaj dorabiać jakiejś ideologii, albo dopatrywać się czegoś na siłę.
Chcę po prostu powiedzieć, że to było piękne.
Adamie – szacunek.

Jajeczko

Dwa lata temu miano mnie zaprosić ale zapomniano.
Rok temu zaproszono ale ja nie mogłem przybyć.
Wreszcie w tym roku się udało i dotarłem na sławne Pedalskie Jajeczko u Teresy.

Choć po tym co niektórzy napisali w komentarzach u Ge to zastanawiam się czy to trochę nie wstyd się przyznać, że ja też tam byłem.

Zanim dotarłem to już w piątek popełniłem gigantyczne faux pas bo wizytując na kilka chwil Narra zapytałem jednego znajomego czy widzimy się jutro u Teresy, na co On odparł, że nie został zaproszony, bo widocznie nie należy do high society.
Ups.

Cała impreza a już zwłaszcza lista gości owiana była tajemnicą, ale jak to u gejów bywa z tajemnicami, i tak wszyscy wszystko wiedzieli.
No prawie wszystko.
Ale jasne było, że jak będzie X to nie będzie Y a jak mimo wszystko XX przyjdzie w towarzystwie YY to VV ceremonialnie wyjdzie.
Wszyscy organizatorzy imprez doskonale znają to z autopsji, dokonując ekwilibrystyki w konstruowaniu listy zaproszonych i tak są narażeni na pytanie w stylu:
- A nie będzie X-a
po których zapada krępująca cisza w okolicach towarzystwa skupionego wokół Y-ka
Tym razem Teresie należy się medal, bo takiego pytania nikt nie zadał, więc ukłony dla gospodyni.

Poza tym impreza zawierała element zaskoczenia, bo okazało się, że o 23:30 wszyscy jej uczestnicy zostali poproszeni o to by się ubrali, wyszli… i kierowali się w kierunku najbliższego przystanku tramwajowego.
Swoją drogą świetna metoda na pozbycie się gości i jak widać dużo skuteczniejsza niż ogłaszanie, że wódka się skończyła.

Gdy już dotarliśmy na przystanek podjechał stary tramwaj, który okazał się być clou programu i głównym zaskoczeniem wieczoru.
Tramwaj niczym Priscilla – Królowa Pustyni mknął przez noc wzbudzając zdziwienie wśród tych którzy nas obserwowali.
No fakt, żadnej kobiety w środku, choć z drugiej strony co poniektórzy nie grzeszyli zbyt męskim zachowaniem.
Pomysł by zatrzymać się na przystanku przy Narra jakoś się rozszedł po kościach, choć ja byłbym raczej skłonny powiedzieć, że został skutecznie zagłuszony przez wyjącą muzykę, strugi alkoholu i tony chipsów.
Po prawie dwóch godzinach dotarliśmy do punktu wyjścia.

Korci mnie trochę by dokładniej opisać kto z kim i co porabiał wewnątrz, zwłaszcza jak motorniczy zgasił światło, ale w związku z tym, że niezbyt pilnie uczestniczyłem w pierwszych momentach imprezy kiedy to Teresa usilnie starała się by wszyscy zapamiętali swoje imiona (wiedziała co robi), w końcu album TOMA OF FINLAND był ciekawszym zajęciem niż zapamiętywanie imion, więc powstrzymam się bo mógłbym przeinaczyć fakty.
A pisanie, że ten od J lizał się z tym od E, który ma na imię chyba S podczas gdy J siedział dwa metry dalej, wprawdzie przysypiał w alkoholowym amoku co wyklucza nieco obecność duchową ale jednak ciałem był nadal obecny, brzmi niczym relacja z rubryki policyjnej.
Uprzedzając Wasze podłe i zawistne języki, nie piszę tego z zazdrości podlanej frustracją, że ze mną nikt się nie lizał, bo akurat tak się złożyło, że Czarek nie dotarł, więc sami rozumiecie, że jakby nie było z kim.

Na jajeczko pojechałem bez samochodu.
Trochę już zapomniałem jak to jest jeździć gdziekolwiek bez auta, ale dzięki temu przynajmniej rano pospacerowałem sobie po Łodzi, która jeszcze spała. Fajna sprawa, muszę częściej.
Mogłem też wypić.
Ba mogłem się nawet nawalić, ale ja chyba tego nie lubię.
Choć gdybym się urżnął z pewnością wszyscy skrupulatnie by to odnotowali i mówili o tym na zasadzie living legend.
Choć właściwie nie piłem to wychodząc miałem kaca.
Towarzysko-osobowościowego.
Nie wiem czy dobrze zauważyłem ale wydaje mi się, że byłem jedynym singlem na imprezie.
No z wyjątkiem Gotyckiego, ale singlem jest się do pewnego wieku, później nie wypada być już singlem i człowiek mówi wtedy o sobie, że jest prozaikiem bądź eseistą.
Przynajmniej lepiej brzmi.

To nie jest tak, że włączyła mi się desperacja, bo już od jakiegoś czasu jestem sam i czuję, że muszę.
Z drugiej strony to nie jest też aż tak źle, że czułem się jak Bridget Jones na sławnym obiedzie, gdzie wszyscy pytali ją o to kiedy wychodzi za mąż i kiedy będzie miała dzieci.
Przecież mogłem urwać się już gdzieś na trasie przejazdu tramwajem a wyszedłem dopiero przed 6 rano.
Czasem jednak takie spotkania uwidaczniają mi jak bardzo mam skrzywione oczekiwania względem związków. Zawsze zdarzy się tak, że albo za dużo widzę, albo za dużo wiem i to wszystko jakby zbyt mocno podgryza moją wizję bycia z kimś skutecznie sprowadzając ją na ziemię. Rzadko jest to miękkie lądowanie.

Pewnie po tej notce za rok mnie już nie zaproszą.
Niemniej chciałbym powiedzieć, że wbrew pozorom i temu co powyżej wylałem z siebie bawiłem się naprawdę fajnie i tylko z własnej winny (ujmijmy to sloganem, że miałem „zły dzień” albo „humor mi nie dopisał”) nie bawiłem się tak dobrze jak bym mógł i chciał.
Ale ja czasem mam takie dziwne odpały.

Se oddechłem

No dobra… wiem, że nie wykorzystałem należycie szansy.
W sensie, że w Londynie dużo pisałem i naród się przyzwyczaił i zamiast podtrzymać target to ja roztrwoniłem zbudowany potencjał.

No i nie będę się tłumaczył, że miałem ciężki tydzień, bo teraz wszyscy mają ciężkie tygodnie więc żeby zasłużyć na miano „Ofiary tygodnia” i wygrać kosz społecznego współczucie i Wasze drodzy czytelnicy westchnienie okraszone słowami „No tak…”
trzeba się w dzisiejszych czasach bardziej postarać.

Prawda podobno wyzwala, więc czas na nią.
NIE CHCIAŁO MI SIĘ PISAĆ.
Cały poświąteczny tydzień przebumelowałem ogólnie nic nie robiąc myśląc głównie o tym jak przedłużyć ten boski stan nic nie robienie w jakąś dłuższą relację.
Oczywiście nic nie robienie bardzo męczy ale przecież nie będę tu pisał, że:
- wymieniłem opony na letnie,
- wydałem 400 zł na dentystę
- byłem na 2 randkach (tego samego dnia !!!)*,
z czego jedna skończyła się ujmijmy to słowami „czułym pożegnaniem”, a nawet bardzo czułym,
no bo przecież kogo to interesuje.

Nic nie robienie jest boskie.

—————————
* czy dwie randki jednego dnia to już objaw desperacji czy tylko uprzemysłowienia całego procesu ?

Zaniechania

Zaniechania skutkują tym, że pewne rzeczy przemijają na tyle, że publikowanie ich potem na blogu traci sens.
Tak było z naszym (moim z betweenem) wypadem do Pragi.
Juz nawet nie pamiętam ile razy obiecałem, że na blogu pojawią się zdjęcia z Pragi.
A właśnie mija 1,5 roku jak tam wspólnie byliśmy.

Obiecałem sobie, że z Londynem będzie inaczej, choć pole wyboru jest znacznie mniejsze.
W Pradze zrobiłem ponad 300 zdjęć a w Londynie tylko 170.

Pokochałem robienie zdjęć panoramicznych i choć efekty łączenia nie zawsze są takie jak bym się tego spodziewał to zabawa nad dopasowywaniem detali bywa ciekawa.

L2blog.jpg

Michał w Londynie

Miszal napisał swoją wersję mojego pobytu w Londynie i poprosił bym ją tu zamieścił.
Wstępnie się zgodziłem ale potem wpadłem na pewien szatański pomysł.
Skoro jestem swoistym ojcem chrzestnym sukcesu kilku blogów to czemu miałby się nie udać tym razem.
A poza tym cóż można podarować przyjacielowi w tych czasach, zwłaszcza jeśli jest On daleko i nie zawsze ma na tyle swobodny dostęp do komputera by korzystać z uroków Skypa ?
To proste – bloga.

Wiele osób twierdzi, że blogi zabijają międzyludzkie relacje, bo zamiast dowiadywać się co tam słychać u znajomych czytamy to co oni napisali a gdy już się zdzwaniamy to na tekst
„wiesz co mi się ostatnio zdarzyło”
słyszymy na ogół
„tak wiem, czytałem na blogu”
Ale to co jest wadą gdy mieszka się blisko siebie staje się czasem zaletą na odległość.
Michał jest w Londynie gdzie jak wszyscy wiemy wiele się dzieje i jest o czym opowiadać.

Dlatego w ramach świątecznego prezentu startuje miszal.blog.pl