Nie przełączajcie się na inny kanał…

Przemyśleń ciąg dalszy…

W komentarzach do poprzedniej notki padło pytanie:
„a Ty z kim pójdziesz… dla zrealizowania marzeń ?”
Ale to błędne pytanie jest.
Smutna prawda jest taka, że na ogół nie jest ważne z kim się idzie, tylko raczej jakie marzenia można zrealizować.

Wprawdzie cena z wiekiem rośnie.
Ale i tak w rezultacie wszyscy jesteśmy kurwami.

Przerywamy program by podać najświeższe przemyślenia…

Czytam, słucham, oglądam i… analizuje
Jakby trochę bezwiednie.
Od niechcenia.

Dziś z nudów przeglądałem sklepy internetowe.
Telefon który chciałem kupić właśnie ponownie staniał.
Inny, ten mój wymarzony, też poleciał w dół.

Wcześniej słuchałem reportażu w którym jakaś 13-stka bez skrupułów poszła z powiedzmy, mocno dojrzałym facetem… bo zaoferował jej jakąś fajną Nokię.
Ciekawe jaką ?
Może o takiej właśnie marzyła…

Przerywamy program by podać najświeższe wiadomości…

1)
Kurwa mać…
To a propos cen walut.

23 października 2008
EUR – 3.95
USD – 3.08
GBP – 5.00
CHF – 2.64

2)
Gazeta poinformowała, że Joerg Haider, który zginął niedawno w wypadku samochodowym, jeden z najbardziej kontrowersyjnych a niektórzy mówili, że nawet faszystowskich polityków w Austrii, był… gejem lub biseksualistą.
No to teraz gejowski będzie miał używanie… :-)

Kubański dziennik 07 – System edukacji

Tak mieszkają Kubańczycy właściwie wszędzie poza Havaną.

Na uwagę zasługuje tez fakt jak urządzony jest ich system edukacyjny.

Pierwszym etapem jest szkoła elementarna która znajduje się zawsze w miasteczku, do której chodzą maluchy, tzn dzieciaki od 7 roku życia w górę.

Drugi etap to coś na kształt naszego gimnazjum ale zaczyna i kończy się je wcześniej niż w Polsce.
Uczniowie tej szkoły mają inny kolor mundurków a same szkoły też usytuowane są w miasteczkach, choć raczej na ich obrzeżach.

Trzeci etap edukacji to tzw. ośrodki BECA usytuowane najczęściej w środku pola z dala od ludzkich siedzib.
Jadąc do Trynidadu widziałem kilkanaście takich szkół.
Wszystkie zbudowane wedle tego samego architektonicznego projektu.
Są to dwa, trzy piętrowe bloki, połączone szerokim łącznikiem, wybudowane pośrodku rozległej plantacji.
Do południa dzieciaki uczą się a po południu pracują na plantacjach.
Do domu mogą jechać na weekend, jeśli oczywiście mają za co i mają cierpliwość czekać na „okazje” bo na Kubie nie ma czegoś takiego jak normalny system transportowy.
Na ogół więc nigdzie nie jadą i zostają na weekend w szkole.

Przewodnik, gdy zapytałem go o te „szkoły” czy to nie są przypadkiem jakiegoś rodzaju poprawczaki dla trudnej młodzieży, nie krył swojego oburzenia.
Że jak to, niby praca ma być jakąś karą.
W ten sposób kubańska młodzież jak się wyraził „poznaje prawdziwe życie”
Nie zdążyłem zapytać czy ktoś im coś za to płaci, nawet drobne sumy, bo przewodnik wyprzedził mnie ideologicznym zapewnieniem, że edukacja jak i opieka medyczna jest na Kubie darmowa… no i oczywiście jest na wysokim poziomie.

Kubański dziennik 06 – Trynidad

No to zrobiłem sobie kilka dni przerwy w pisaniu dziennika.
W tym czasie zdążyłem spalić sobie doszczętnie plecy i ramiona.
Boszzz dzięki Ci za Panthenol.

O Aussiebum’ach będzie oddzielna notka, bo jednak sprawdziło się to co przypuszczałem.

Zakończyłem tez proces siedzenia tylko w hotelu.
Pierwsza wycieczka do podobno urokliwego miasteczka ze stara zabudowa o nazwie Trynidad.
71 CUC czyli cos kolo 60 €
Zdecydowanie najgorzej wydane pieniądze w tym sezonie.
Dwa razy po 300 km w klimatyzowanym busie przy tutejszych upałach samo w sobie było atrakcja, niestety patrząc z perspektywy czasu, bo właśnie wróciłem do hotelu, największą.
Ja wiem ze tu jest bieda, socjalizm itd. ale to co zobaczyłem przechodzi ludzkie pojecie.
To coś co w czasach przed panującą obecnie polityczna poprawnością nazywano „trzecim światem”

Trynidad to zabita dechami dziura, z uliczkami bez asfaltu, gdzie piętrowa ruina będąca kiedyś (ze 150 lat temu) kamienicą robi za lokalny wysokościowiec i turystyczną atrakcję.
Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda życie mniej więcej z wczesnego XIX wieku zmiksowane z kubańskim socjalizmem i bogatymi turystami to koniecznie odwiedźcie Trynidad.
Bądźcie jednak przygotowani na to, że na każdym kroku będą wam coś wciskać byleby tylko wyłudzić od Was jakąś kasę.
Szczytem desperacji wykazała się jedna z kobiet pracująca w regionalnym muzeum, za 20 CUC chciała mi wcisnąć wazę, która była eksponatem.
Gdybym wziął pewnie teraz gniłbym w kubańskim więzieniu za próbę przemytu dzieł sztuki.

Aha… w restauracji wybierajcie kurczaka.
Ryba jest niezjadliwa.

Na kolejnych dwóch zdjęciach lokalne kościoły.
Jeden z nich to katedra… podobno.

Trynidad to miasto handlarzy i żebraków którzy bez żadnych skrupułów zerwaliby z Ciebie ostatnią koszule, bo oni przecież są biedni i im się należy a Ty z pewnością masz jeszcze jedną w hotelu więc co Ci szkodzi.

Urokliwa jest uliczka pełna straganów, które rozkładają się gdy przyjeżdżają turyści i natychmiast po ich wyjeździe są składane.
No chyba, że wcześniej na horyzoncie pojawi się burza.

Kubański dziennik 05 – Polactwo

Polactwo się ujawniło.
Nie wiem czy dopiero teraz przyjechali, choć po opaleniźnie wnioskuje że trochę już tu są, czy do tej pory jakoś szczęśliwie się mijaliśmy.
Po południu na głównej scenie było takie „welcome party” połączone oczywiście z nauka tańca.
Jeden tańczący koleś zdecydowanie odstawał od reszty, był kompletnie nawalony.
Przewracał się dla zabawy, choć śmieszne to było chyba tylko dla niego.
Po skończonym występie podszedł do swojej partnerki/zony i spytał po polsku jak mu szło.
Ona tylko z politowaniem powiedziała ze OK i zgarnęła zwłoki ze sobą do pokoju.

Wieczór, występy, doskonale wyposażony bar, prawie we wszystkie alkohole świata.
Trzech gości stoi na rogu baru i dość głośno rozmawia ze sobą, klnąc co chwile.
Słyszę ze Polacy.
Co pija ?
Piwo.
Skończyli jedno, zamawiają kolejne i jeszcze kolejne i jeszcze.
Przesiadam się gdzie indziej żeby nie słyszeć „przecinków”

Na koniec… najlepsze.
W dzień jest ok. 30 stopni.
W cieniu.
Teraz wieczorem o 22:00 będą jakieś 22 stopnie.
No i duża wilgotność, powodująca wrażenie sporej duchoty.
Przede mną siedzi para, obserwują wyczyny półnagich tancerek.
Zamieniają ze sobą kilka zdań.
Słyszę ze Polacy.
Koniec występu, wstają.
Ona ładnie i elegancko ubrana, On ma na nogach… skarpetki i sandały.
Bez komentarza.

Kubański dziennik 04 – Kubańska wersja włoskiej restauracji

Dziwnie się opaliłem.
W tym świetle wyglądam na nieźle poparzonego bo cały brzuch czerwony, ale nic mnie nie boli.

Minęła niedziela a ja nie opuściłem jeszcze terenu hotelowego.
Ale właściwie nie musze tego robić.
W pobliżu nie ma co oglądać poza innymi hotelami i rozwalającymi się chatami lokalsów.
Podczas pierwszego posiłku dziwiłem się dlaczego tak wiele osób korzysta z bufetu, skoro na terenie hotelu są aż trzy restauracje a la carte.
Teraz juz wiem.
Właśnie wróciłem z włoskiej restauracji w której postanowiłem zjeść dzisiejsza kolacje.
Powiem szczerze – gorszego „włoskiego” jedzenia w życiu nie jadłem.
Zapiekana mozzarella z pomidorem i bazylia wyglądała jak podpieczony tost polany rozbełtanym ketchupem. Bazylii nie było wcale.
Makaron z czterema serami to było cos na kształt naszych polskich mini klusek śląskich polane budyniem o smaku serowym.
Dobili mnie polecanym tiramisu.
Boszzz to chyba była kubanska-rewolucyjna wersja tego ciastka.
Jednym słowem dramat.

Pogoda nadal super.