2008

To był bardzo dobry rok dla mnie.
Piszę tą notkę w Londynie  na nowym laptopie, na którym mogę oglądać zdjęcia z najwspanialszych wakacji w życiu, czas do północy odmierza mi mój pierwszy prawdziwy i drogi zegarek a lada dzień będę siedział w swoim pierwszym własnym mieszkaniu.
Nie mam wprawdzie nowego samochodu… ale przecież coś trzeba zostawić na ten Nowy Rok.

To był rok w którym najwięcej, najczęściej i… najdalej podróżowałem.
Berlin, Wiedeń, Hawana i Londyn – najwspanialsze miasta świata.

Poznałem też wspaniałych ludzi z którymi mam nadzieję utrzymywać dalej doskonały kontakt.

Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, to właściwie o niczym lepszym nie mogłem marzyć.
I choć początek roku nie malował się w jasnych kolorach tak potem sporo się zmieniło.
Codzienny program i zmiana barw telewizyjnych to zdecydowanie największe sukcesy 2008.

A skoro już o sukcesach mowa… to pod względem seksualnym to był to… stosunkowo najbardziej udany rok od lat.

Nie chciałbym tą wyliczanką niczego zapeszać i odpukuje tutaj w dno laptopa ale zawsze byłem przeciwny noworocznym życzeniom w stylu „oby nie było gorzej”, bo sądziłem, że trzeba sięgać dalej, brać więcej i jeszcze szybciej gnać do przodu.
Tak w tym roku podczas gdy będą biły dzwony oznajmiające Nowy Rok… właściwie nie mam śmiałości prosić o więcej.

Choć…
W głębi duszy to mam jedną jedyną prośbę do losu.
I wiele z tego co okrzyknięte zostało powyżej sukcesem, na ogół materialnym, byłbym w stanie oddać za jej spełnienie.

Heathrow

Tym razem na Wyspy wybrałem się jak człowiek czyli samolotem British Airways z Okęcia na Heathrow Terminal 5.
Ło matko ale to wielkie to cuś…
Najpierw zobaczyłem z okien samolotu całą panoramę Londynu wieczorową porą (pięknie oj pięknie) potem lądowanie i…się  zaczęło.
Trochę prosto i w lewo i w prawo i znów prosto i komunikat, że trochę się spóźniliśmy i niestety nasz rękaw juz ktoś zajął i dlatego przewiozą nas busami do terminalu i znów w lewo… i kilometry prosto i jeszcze raz w lewo i znów komunikat, że pilot jeszcze raz przeprasza, że nie będzie rekawa ale za to zaparkujemy najbliżej jak się da (ciekawe czy mają tu miejsca da inwalidów jak w marketach)
Nareszcie dojechaliśmy.
Transport do terminalu… a toż to klasyczne szklane domy Żeromskiego.
Terminal 5 robi oszałamiające wrażenie.
Jest ogromny ale przy tym fenomenalnie funcjonalny… i po prostu nie sposób się tam zgubić.
W momencie gdy doszedłem do karuzeli, moja walizka już robiła jedno kółko.

Jednym słowem wszystko tak jak powinno być.

I po świętach

No to sobie zrobiłem dobrze…
To zdecydowanie były najgorsze święta w moim życiu.
Z pewnością nie była to wina przejedzenia… bo gdzież mi tam do reszty rodziny blizszej i dalszej, która żarcie to chyba po kieszeniach upychała bo tyle tego znikało ze stołu, więc może jakości potraw.
Skończyło się tym, że w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt wypinałem dupę do bardzo przystojnego Pana pielęgniarza który porządnie mi załadował… całą porcję Ketonalu domięśniowo.
A o czym już myśleliście zboki ;-)

Przez całe święta nic prawie nie zjadłem, ruszyć się z bólu nie mogłem, zeżarłem pół małej apteki, raczyłem się nalewkami wszelkiej maści i marzyłem żeby wreszcie iść do toalety i o tym żeby mi przeszło przed wylotem do Londynu.

Tak naprawdę przeszło dopiero na lotnisku gdzie opędzlowałem po dwóch dniach głodu porządną porcję indyka za 80 zł.
No cóż, leczenie musi kosztować.

Święta 2008

W tym roku idę na łatwiznę jeśli chodzi o śwąteczne życzenia… i wesprę się hasłem mojej telewizji.
Zatem drodzy Czytelnicy…

ZRÓBCIE SOBIE DOBRZE NA ŚWIĘTA !!!

It’s magic

Obejrzałem dziś dwie piękne bajki.

Publiczna Jedynka przypomniała „To właśnie miłość”, film który mogę oglądać nieskończoną ilość razy… i zawsze na nim płaczę.
Tak płaczę.
Bo to jest film o miłości ale wbrew pozorom nie jest to taki znów bardzo optymistyczny film.
Raczej chwilami daje naprawdę mocnego kopa w tyłek i pokazuje, że miłość niejedno ma imię.

A późną nocą zamiast iść oglądać pięknych rozbierających się chłopców w Narra zaserwowałem sobie jeszcze bardziej lukrowaną historię czyli „Bezsenność w Seattle”
Cukierkowo i to bardzo.
Ale to chyba ostatni film z ery przedinternetowej, gdzie Ona do Niego po prostu pisała, taki zwykły papierowy list a nie wysyła e-maila czy też wiadomość na jakimś tam ICQ czy innym GG, gdzie ludzie słuchali radia a nie muzodajni z komórek czy Internetu

Ja wiem, że teraz takie czasy, że miłość to tylko w filmach.
I ile Ty masz chłopie lat, żeby wierzyć w miłość ?
I jeszcze płaczesz na takich filmach ?

Tak, tak, tak
Płaczę bo wierzę w magię miłości.
Wierzę bo póki się wierzy to wszystko warto.
Naiwne.
Tak
Owszem.
Ale mam to gdzieś.

Podobno wszystko już było, wszystko się przydarzyło…

Wiecie jak się teraz robi piosenki ?
Publishing – słowo klucz czyli po naszemu swoista giełda piosenek.
Idziesz wybierasz sobie jakiś tekst i muzykę z szuflady dobierasz gwiazdkę która to dla Ciebie zaśpiewa, bo zawsze się znajdą takie co to wszystko zaśpiewają i kosisz kasę.

W pewnym sensie mam podobnie z nowymi notkami na blogu.
Zawsze zastanawiam się czy sięgnąć do tych luźnych myśli które bardzo często zapisuje sobie w notatniku za każdym razem zapewniając siebie, że z pewnością to będzie kolejna świetna notka czy stworzyć coś nowego ?
Ta jest nowa.

Bo też i przydarzają mi się ostatnio rzeczy których nawet w moim archiwum nigdy wcześniej nie opisałem ani nawet nie wymyśliłem.
I tylko nie wiem o której z nich najpierw napisać ?
A może dyplomatycznie nabrać wody w usta, bo w sumie są to wykluczające się cele które osiągam czy chcę osiągnąć.
No bo przecież nie po to jestem naprawdę zainteresowany pewnym warszawskim mega zapracowanym przystojniakiem żeby pozwalać się bezkarnie wyrywać w klubie na klasycznego one-night stand’a

OK., ktoś może powiedzieć, że przecież jeszcze z Nim nie jesteś i tak naprawdę to nic nie wiadomo, a do tego więcej jest znaków na nie niźli na tak więc hulaj póki możesz.
A z drugiej strony nie kreuj się na świętoszka bo większość gejów „tak robi”.
Tylko, że ja nigdy nie byłem jak większość.

A Pan Mega Zapracowany Przystojniak jest naprawdę fajnym facetem.
Obawiam się tylko by nie stał się dla mnie kimś takim jak Ela dla Adasia Miauczyńskiego w Dniu Świra.
Chociaż teraz gdy już to napiasałem, to pewnie więcej się do mnie nie odezwie.
Trudno.
Musiałem to napisać, bo coraz częściej czuję się skrepowany na swoim własnym blogu.
A nie chcę go zahasłowywać.

Karl Lagerfeld Teddy Bear

No dobra… dziękuję wszystkim za urodzinowe życzenia.
Sporo ich nadeszło… jednak jakoś z prezentami to nie zaszaleliście moi mili.

Ja wiem, że co poniektórzy to się szykują na zbliżającą się wielkimi krokami parapetówę (to już bardzo na początku przyszłego roku) i dopiero wtedy będą pukać kolanami, bo ręce będą mieli zajęte od prezentów właśnie.
Swoją drogą lista prezentów na nowe mieszkanie objawi się wkrótce.

Ale gdyby ktoś jednak chciał… ale nie wiedział co mi kupić na prezent gwiazdkowy, to śpieszę z podpowiedzią.

The Karl Lagerfeld Teddy Bear is available in The Concept Store, London – £799.

Kubański dziennik 10 – Podsumowanie

To już finał kubańskiego dziennika.
Podsumowanie urlopu.
Zdecydowanie było warto.
I co z tego, że się trochę nudziłem, że nie było sexu… bo prawdę powiedziawszy to i nawet nie za bardzo z kim… no może poza Gabriellą z Buenos… ale ona jakby nie była facetem co znacząco komplikowało sprawę
Wypocząłem, pozwiedzałem, zmieniłem klimat… i to nawet dosłownie.
Chcę tam wrócić.
Może już nie sam, ale chcę tam polecieć kiedyś jeszcze raz.

Na koniec trochę ciekawostek.
Samochody.
Te cudowne stare amerykańskie krążowniki szos z lat 50-tych pieczołowicie odnawiane i reperowane tworzą swoisty klimat wyspy.
Podobno jeździ ich tam 250.000.

Fidel sprowadził na wyspę całe mnóstwo Ład ale ani jednej Wołgi.
W wielu miejscach można spotkać za to nasze poczciwe 126p nazywane na wyspie Polajitos.

Pamiętam, mieliśmy dokładnie takiego samego żółtego fiacika z chromowanymi zderzakami w 1979.
Jeździliśmy całą rodziną na wakacje do Gdańska.
Wspaniałe, szczęśliwe dzieciństwo… mimo, że w poprzednim systemie.

Spoglądając na Kubie na tego Malucha uświadomiłem sobie jak długą drogę przeszliśmy, jako kraj.
Byliśmy w tym samym miejscu… jeszcze 20 lat temu.
Aż czy tylko… chyba jednak tylko 20 lat temu.

Zatem jeśli chcecie poczuć swoiste deja vu to lećcie na Kubę.
Tylko pamiętajcie… Internet kosztuje tam prawie 10 euro za godzinę… a i tak w podobno najlepszym hotelu w mieście powiedzą Wam, że teraz to Internet is closed, przyjdzie Pan o 8:00 rano i włączy, to wtedy będzie działał.

Kubański dziennik 09 – La Habana

No i tyle rzeczy się wydarzyło, że na „chwilę” odszedłem od wakacyjnego sprawozdania.
Wracam z dwoma ostatnimi odcinkami.
Dziś czas na Hawanę.

W lipcu na Kubie był mój Pan Laryngolog.
Napisał mi wtedy w SMS-ie że jest zauroczony Hawaną.
Że to miasto jest porównywalnie piękne jak Madryt, Paryż czy może nawet Rzym.
Początkowo nie chciało mi się wierzyć.
Ale gdy tam pojechałem i zobaczyłem na własne oczy, przyznałem mu poniekąd rację.

Zabudowania portowe

Katedra

Widok z głównego placu miasta na pierwszym planie Narodowy Teatr Opery
i Baletu a w głębi Capitolio, dawna siedziba Parlamentu i prezydenta,
dziś mieści się tam Politechnika

Chyba najsławniejszy hotel w Hawania, to właśnie w nim mieszkał Hemingway.

Ale to tylko promil odnowionych budynków.
Habana jest piękna ale też niesamowicie zniszczona.
Właściwie tytuł tej notki powinien brzmieć, jak zniszczyć piękne miasto ?

Oczywiście można je zbombardować (patrz Drezno) ale to takie trywialnie
proste i trudno cieszyć oczy rozsypującą się własnością burżujów
których własnoręcznie przegoniło się na cztery strony świata a głównie
na Florydę.
Lepiej zrobić rewolucje i czekać…
Czekać i patrzeć jak samo się rozpada ze starości

Jak zmuszony do radzenia sobie w tych ekstremalnie trudnych warunkach
obywatel sam niszczy detale pięknych balkonów, zamurowuje historycznie
cenne portale.
To miasto jest dramatycznie zniszczone.
Wygląda jakby miało się zaraz cale zawalić.

Ale wszystko wskazuje na to, ze Fidel już długo nie pociągnie, bo nawet
główny Plac Rewolucji porasta trwa i nikt o niego juz nie dba jak kiedyś

Młodzież za to zainteresowane jest kasą, lansem i nowymi modelami komórek.
Jak wszędzie na świecie.
W ich oczach widać wręcz ból niemożności wstąpienia ze swoim lachonem do McDonalda.
Chodzą zatem wysztafirowani po mieście tak trochę bez celu.

Dziwne to miasto, bo widać tu jak na dłoni, ze rewolucja juz dawno zjadła swój ogon i teraz dusi się nim.
Konwulsje niestety jeszcze muszą trochę potrwać.

Uliczne latarnie – pali się może góra 1/3.
Głowna ulica ponad dwumilionowego miasta tonie na długości całych przecznic w ciemnościach.

Oglądałem przed wylotem zgodnie z zaleceniem betweena druga część Bridget Jones.
Przyszedł mi na myśl taki cytat teraz… gdy Bridget siedzi w wiezieniu i współosadzone pytają ja co jej facet jej zrobił ?
„… w sumie to tez mnie bil i zmuszał do prostytucji…”
Inna półkula… inne problemy.
Ale kolejka do mięsnego zawsze tak samo wygląda

33

Data produkcji: 03 grudzień 1975 15:55:00

Termin przydatności: wewnątrz opakowania

Masa netto: 88000g +/- 2000g

Skład: włosy – krótkie, ciemny blond, oczy – oficjalnie piwne ale tak naprawdę szaro-zielone (podobno ładne), uzębienie – pełne, wysokość – 180cm, charakter – w zależności od numeru partii produkcji
Produkt nie zawiera konserwantów i spulchniaczy.

Warunki eksploatacji: Przechowywać w temperaturze pokojowej. Nie wystawiać na deszcz i zbyt długie działanie promieni słonecznych Zapewnić dostęp do Internetu, muzyki, TV i Pepsi. Chronić przed głupotą, nietolerancją, Magdą M, Tańcem z gwiazdami i wszystkim co gorzkie i niesmaczne.

Sposób użycia: Produkt idealny na nudę, samotne wieczory i trudne momenty.

Dawkowanie: dorośli niemniej niż 2 razy dziennie, nie zalecany dzieciom i osobom z niedowagą – nie wymaga konsultacji z lekarzem czy farmaceutą.
Nie wstrząsać przed użyciem!
Może dobrze zakręcić.