Ale tak w ogóle to…

… niezmiernie miło jest odebrać telefon od Przyjaciela z pytaniem
„Hej, ale co się u Ciebie dzieję, bo trochę się martwię”

Po czym nastąpiła długa i mam nadzieję, że wiele wyjaśniająca rozmowa.
Nawet teraz przed snem wysłałem Mu maila, żeby wiedział jak wiele ten telefon dziś dla mnie znaczył.
Bo nawet o rzeczach oczywistych trzeba czasem przypominać.

Pisząc, że ten film, Mon Meilleur Ami, jest trochę o mnie nie chciałem nikogo urazić.
Bo to nie tak, że ja nikogo nie mam.
Mam, i zawsze wiedziałem, że mam.
Ale tak się jakoś ten świat dziwnie ułożył, że mam ich wszystkich kawałek od siebie… w sensie geograficznym.
A tutaj, w Łodzi, tak na co dzień, obok mnie niestety nie ma nikogo poza Bla, z którą niestety ale mimo, że właściwie nie mamy przed sobą żadnych tajemnic to nie na wszystkie „tematy” da się porozmawiać.

Ktoś powie, że trochę z tego powodu świruje.
Racja.
Praca która dotychczas wypełniała szczelnie moje życie, owszem nadal jest ważna ale jakoś już tak nie kręci jak kiedyś
Sex też bo na dłuższą metę jest zbiorem przyjemnych ale jednak tylko chwil.

„Chłopa Ci trzeba”

A żebyście wiedzieli.
Chciałbym się znów zakochać
Znów to poczuć.
Znów wiedzieć, że motylki ożyły.

Ale jednocześnie wiem, że każde kolejne zakochanie to oddalanie się od tego pierwszego razu.
Od tego gdy kochało się najmocniej, ale pewnie tez najbardziej naiwnie.

Teraz staję się wybredny, przebieram, marudzę.
A to mi nie pasuje, a tamto odrzucam.
Wiem, że to nie najlepsza droga, choć może to właśnie jest ta dojrzała miłość

Poznaję od czasu do czasu kogoś.
Na necie też się czasem ktoś odezwie.
No niby i nawet fajni i przystojni ale… jeden skończył zawodówkę i tak w sumie, to o czym ja z nim będę rozmawiał, gdy Cafe del Mar kojarzy mu się z rodzajem kawy.
Drugi z kolei jedyne o czym może mówić to praca i jaki nią jest pochłonięty a jeszcze MBA robi i na kursy biega i całe mieszkanie ma urządzone wedle zasad feng-shui
Trzeci z kolei spędza życie na benefisach i wernisażach, więc chyba z lekka za wysokie dla mnie progi, no chyba, że jest na tych imprezach catering ;-)
Tych tylko z ofertami związku opartego na sexie przemilczam.

Nigdy nie klasyfikowałem ludzi wedle posiadanego wykształcenia, zamożności czy pozycji społecznej, bo sam mam świadomość gdzie ja w tych hierarchiach w oczach innych mógłbym się znaleźć.
Ale ostatnio łapię się na tym, że właśnie w ten sposób oceniam ludzi.
Obrzydliwie określam ich przydatność dla siebie.
Smutne to trochę prawda ?

A może to wszystko dlatego, że za chwilę będę się musiał usamodzielnić, wreszcie iść na swoje i podświadomie się tego strasznie boję ?

Idzie nowe

Świat się zmienia… i nie myślę tu tylko o Baracku.

Eguś i Raand już dawno nie piszą, between też ogłosił, że marzenie się spełniło, osiągnął jakiś życiowy cel i blog trochę mu już do niczego nie potrzebny.
Tak samo homol, lodzperson i pewnie jeszcze kilku innych.
Kammel nawet oficjalnie się pożegnał z czytelniami.

Na Romeo ktoś zwrócił uwagę na mojego zlinkowanego tam bloga, że mu się podoba i że wciąga.
Sam zajrzałem do przeszłości… i zdębiałem.

Boszzz no przecież tego się nie da czytać… z dzisiejszej perspektywy.
Lukier i miłość budzą we mnie odruch wymiotny.
„Mój Miś mnie kocha, a ja za nim tak bardzo tęsknię”
Już teraz rozumiem Madonnę która wyrzucała swoje pierwsze nagrania, bo wstydziła się ich przed własnymi dziećmi.

Przeszłości nie da się zmienić… bo to ona nas w pewien sposób ukształtowała.
Sześć lat temu gdybym poznał dzisiejszego siebie, pewnie bym tym kimś gdzieś tam w duszy gardził, bo hedonista, utracjusz żyjący bez miłosci, bez swojego Misia… a tak naprawdę to wtedy bardzo obawiałem się być kimś takim jak jestem teraz.
Niestety czarny scenariusz się sprawdził… jakoś cholera one zawsze wcześniej czy później się spełniają.

Może i jestem teraz bardziej wyzwolony, świadomy i zapewne na swój sposób szczęśliwy… bo przecież nie robię niczego wbrew sobie.
A tęsknota do jakiegoś „własnego Misia” może jest li tylko tęsknotą do tamtych czasów, dużo bardziej spokojnych, poukładanych i przewidywalnych.
Czasów gdy miałem jakieś tam grono znajomych, które niestety od jakiegoś czasu podlega nieustającej erozji.
Czasów w których wiele jeszcze mi się chciało i wierzyłem, że wiele też mogę.

Ale przecież nie mogę udawać, że teraz jest inaczej.
Mocno inaczej.

Wiem… brzmi to jak oświadczenie kogoś stojącego nad grobem… ale ja w gruncie rzeczy właśnie stoję nad grobem… swojej młodości.
Pewien czas minął… wykorzystałem go jak wykorzystałem.
Chyba nie powinienem narzekać czy też gdybać co by było lub jak by się potoczyły sprawy gdybym…
Ale widzę też błędy… szkoda, że nie do końca wiem jak sobie z nimi poradzić.
Gdzieś w środku czuję, że ich rozwiązanie staram się jakoś maksymalnie od siebie odsunąć w czasie… czekając, że stanie się jakiś cud, może pojawi się jakiś Książę z Bajki i wtedy wszystko samo się naprawi.
Taka irracjonalna wiara w zbawienne działanie miłości.
Niestety… jestem już na tyle duży, by wiedzieć, że Książęta z Bajek na ogół wybierają te bezproblemowe księżniczki

Prawda jest taka, że najpierw muszę się stać atrakcyjny sam dla siebie, co jest w tym momencie chyba najtrudniejsze.
Muszę po raz kolejny dojrzeć.
Wykluć się na nowo i przejść pewną granicę.
Choć niby nikt tego ode mnie nie oczekuje to widzę a właściwie bardziej czuję, że znów zostałem w średniakach gdy świat pobiegł dalej.