xell ojcem

No dobra… i tak na dłuższą metę nic się nie da ukryć.
Wcześniej czy później i tak wszystko wylezie na światło dzienne.

Zwykle w takich sytuacjach to się podaję wagę i rozmiar…
To będzie jakoś tak w okolicach… 2 mm.
Koloru bursztynowego.
Kanciaste i ostre jak cholera.
Ale wyszedł.
Sam
Mój pierwszy kamień.
Mam tylko cichą nadzieję, że nie będzie kolejnych.

Jednak wrogów będę musiał sobie poszukać.

Kilka dni minęło, wszyscy sobie wszystko przemyśleli.
I jest dobrze.

Zanim poprzednia notka się pojawiła, szlifowałem ją kilka razy, przy okazji zastanawiając się czy aby na pewno ją upubliczniać.
Jednak zdecydowałem się na jej puszczenie, zdając sobie sprawę, z istniejącego dużego ryzyka.
Ale po prostu musiałem to zrobić. To była taka trochę walka o samego siebie.

Nie spodziewałem się jednak aż tak fantastycznych skutków tej notki..
Bo przede wszystkim ona pokazała mi, po raz kolejny, jak wspaniałych ludzi mam wokół siebie.

W przypadku Betweena okazało się, że cała akcja była nazwijmy to nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dodatkowo podszyta moją chyba już paranoją, że jak ktoś źle o kimś mówi, to na bank o mnie.
Sprawa wyjaśniona, nikt nie chowa urazy.
Choć… jakby to na tyle enigmatycznie ująć by tylko wtajemniczeni wiedzieli o co i kogo chodzi…
Absolutnie nie spodziewałem się, że odsiecz przyjdzie z tego kierunku. Jestem pełen szacunku i chyba czas najwyższy zakopać topory starych uprzedzeń i ansów.

Anetka i 306 zadzwonili, odbyliśmy długa, fachową i bardzo potrzebną rozmowę.
Przede wszystkim potrzebną mi.
No co ja mogę powiedzieć… kocham ich ogromnie i oni o tym doskonale wiedzą.
Nie na darmo w dniu Ich ślubu powiedziałem, że jeśli ktoś wieszczy rychły koniec rodziny, miłości i inne takie to niech tylko spojrzy na Nich a od razu zmieni zdanie.

Na placu boju pozostała tylko Bla.
To będzie ciężka przeprawa, bo jeszcze od tego czasu nie gadaliśmy, ale oboje mieliśmy ostatnie dni napięte do granic możliwości.
Nie wiem czy mogę Wam tu pisać gdzie Ona była w weekend ale jeśli wszystko się ułożyło po jej myśli i będę mógł to tutaj napisać,  to większość z Was toczyć będzie rzekę zazdrości.

Nauka z całości na zaś.
Po pierwsze po burzy zawsze przychodzi słońce.
Po drugie, nawet jeśli masz problemy i chcesz z nich uczynić oręż (a wiadomo, że najbliżsi obrywają najmocniej) to prawdziwi przyjaciele wytrącą Ci go z ręki.
I tak powinno być.

Mając takich przyjaciół… nie trzeba mieć już wrogów.

Lubię czytać gazetowe horoskopy.
Ostatnio w kilku z nich napisali, żebym zachowywał dalece idącą wstrzemięźliwość i raczej nie angażował się a może nawet starał się stawać z boku… zwłaszcza jak sprawy gdzieś tam mnie dotyczą.

Sorry… tym razem to się nie uda.

Bla nie może mi darować, że jakiś czas temu napisałem tu na blogu, że nie mam przyjaciół i wypomina mi to przy każdej okazji.
Tak samo jak to, że kiepsko się ubieram, źle wyglądam, mam złe nawyki żywieniowe, nie piję na imprezach, na które prawie w ogóle nie chadzam a najnowszy wątek to, że podobno mam parcie na władzę i dla niej jestem w stanie zrobić wszystko nawet tracąc szacunek u ludzi.

Between z kolei poleca dobre porady… jednocześnie nazywając mnie na swoim blogu zblazowaną ciotą, która nie potrafi znaleźć tego, co daje efekt wow.

A ukochani Anetka & 306, których zawsze ceniłem za wyważoność sądów dokładają do pieca tonę dobrych rad, przy okazji flekując psychikę kilkoma dosadnymi opiniami.

DOŚĆ

Ja wiem, że przyjaciele mają specjalne względy i nie są od tego by kadzić i słodzić.
Ale mogliby też czasem przestać sypać sól na rany.

Spotkania towarzyskie polegające na tym, że właściwie tylko bronię się przed atakami a wszystko pod pozorem troski i chęci naprawy mojej osoby nie tylko już mnie znużyły ale zaczynają porządnie wkurwiać.
Uporczywa terapia zawsze przynosi odwrotny do zamierzonego skutek.

Bo jeśli mam ochotę być gruby i żreć w McD to będę to robił i jest to moja sprawa.
Bo jeśli mam ochotę nie wyłazić z domu, nie szwędać się po klubach a po prostu leniuchować przed telewizorem w sobotni wieczór to też jest to moja sprawa.
Bo jeśli nawet moje nędzne, nudne i bezwartościowe w waszym mniemaniu życie koniunkturalisty, nic nie jest warte… to chciałbym Wam przypomnieć, że to ciągle jest moje życie.

I jeśli chcę popełniać w nim błędy i być nieszczęśliwy… to kurwa taki właśnie będę.
BO MAM NA TO OCHOTĘ.

Fetysze

W bardzo wielu wywiadach na pytania skąd wiedziałaś/eś że to właśnie ON pada odpowiedź
Bo ON ma to COŚ.

Czymże zatem jest to tajemnicze COŚ ?
Ja już wiem.
Wiem to po piątkowej randce.
To COŚ to nic innego jak suma naszych prywatnych drobniutkich fetyszy.
Składamy je jak puzzle i otrzymujemy satysfakcjonujący, bądź nie, nas efekt.
Owal i symetria twarzy, zarost, uśmiech, kolor oczu, cera, wzrost, to jak gestykuluje – to wszystko jest przez nas punktowane jak odpowiedzi w testach.
Jeśli wynik jest wysoki – kupujemy.
Wpadamy po uszy.
I pragniemy.
Nawet jak towar jest chwilowo (mam nadzieję) niedostępny.

Oczywiście fetysz fetyszowi nierówny.
Zarost u jednych sporo podnosi ranking a u drugich wręcz odejmuje punktów.
Ja mam jednak swoje mega-fetysze.
Takie które powalają a ich przelicznik punktowy jest bardzo wysoki.
Uśmiech i… głos.
Gdy zadzwoniłem, że jestem w drodze na spotkanie i usłyszałem tylko pierwsze zdanie jego odpowiedzi od razu zrobiło mi się gorąco.

Uuu…. co to za facet jest.
Ale niestety niedostępny.
Spóźniłem się o… dwa miesiące.

No to może ja to doprecyzuje…

Fajny.
Naprawdę fajny.
W rozsądnym wieku.
Na żywo wyglądający milion razy lepiej niż na fotkach.
Z zabójczym usmiechem.
I te ukradkiem wymieniane spojrzenia i uśmiechy podczas zabawy wśród wspólnych znajomych.
I…
No cóż On się z kimś spotyka.

A dziś powęszyłem o Nim w sieci i łojezu co to za człowiek wulkan energii i gejzer pomysłów jest.
No powiem Wam, że coraz bardziej kręci mnie ten ON
Swoją droga kocham Internet, tyyyyyle się można dowiedzieć :-)