Przemyślenia

No dobra, wypisałem się.
Wyżaliłem.
I jakoś już mi lepiej.

Moje kompleksy są chyba jak politycy gdy naród próbuje rozliczać ich z przedwyborczych obietnic Oni wtedy znikają jakby zapadli się pod ziemię.
Podobnie u mnie.
Jak już opiszę wszystko ze szczegółami, wypluje, wyrzygam to z siebie.
Przychodzi oczyszczenie.
I one znikają.
Oczywiście nie łudzę się, że na zawsze.
Może po prostu boją się tego by nazywać je po imieniu.
W końcu rezydują gdzieś głęboko we mnie i nie przepadają za światłem kamer i zbytnim zainteresowaniem.

Dzięki Bogu, że tak jest.
Kiedyś papier a teraz serwery wszystko zniosą.

Oczywiście część z Was drodzy czytelnicy, popuka się w głowę i powie
- Jakie On ma wydumane problemy. Pieprzony gówniarz, nawet nie ma pojęcia jakie ludzie potrafią mieć problemy.
Podobne zdanie dość często słyszę od Bla.
Jednak kiedyś ono raczej mnie podtrzymywała na duchu, bo
-  Przecież nie jest ze mną tak źle, uspokój się inni mają gorzej i żyją
Tak teraz takie podejście zwiększa tylko moją frustrację.
Potęguję izolacjonizm.

Jedna moja znajoma która jest psychologiem powiedziała kiedyś przy okazji luźnej rozmowy w towarzystwie, że ludzkie problemy to ostatni bastion swoistej klasowości społecznej.
I to jest prawda.
Bo moje problemy zawsze wydadzą się błahe dla osób które borykają się ze znacznie większymi wyzwaniami lub wręcz przeciwnie dla kogoś mega szczęśliwego mój stan może okazać się gigantyczną depresją.
Kastowość w czystej postaci.
A może jest tak, że tylko ja mam takie problemy.
I nikogo innego nie ma na całym świecie ?

Etapy

Wszystko jest podzielone na etapy.
Całe nasze życie, istnienie.
W wielu kulturach przechodzenie z jednego do drugiego z nich okupione musi być bólem, poświęceniem, swoistego rodzaju testem.
Ten któremu ja będę teraz poddany zapewne będzie najważniejszym, i z pewnością najboleśniejszym (choć nie w sensie dosłownym) z jakim dane mi będzie się zmierzyć.

Powiedzmy sobie otwarcie i szczerze, dotychczas byłem pieprzoną Paris Hilton.
Żyłem w złotej klatce stworzonej mi przez moich wspaniałych rodziców.
Być może ktoś czytając to co powyżej napisałem, złapie się za głowę i powie jacy to są rodzice którzy nie potrafili usamodzielnić własnego syna.
Być może nadopiekuńczy.
A być może tacy którzy już dawno, dawno temu zanim domyśleli się, że jestem czy tez będę gejem uświadomili sobie jak kruchą psychicznie istotą jestem i że zderzenie ze światem będzie dla mnie jak wejście pod pędzącą ciężarówkę.
Może w swojej naiwności czy też wierze w nadprzyrodzoną rodzicielską moc chcieli mnie przed tym uchronić.

Jakie dziecko w wieku kilku lat będąc na wakacjach na wsi wraca zapłakane z łąki, bo się przewróciło i upaprało na zielono spodnie od trawy ?
A ja taki właśnie byłem.
Teraz to widzę i wiem, że moje od kiedy tylko pamiętam dążenie do perfekcyjności tylko kreowało i pobudzało do wzrostu moje kompleksy.
Do tego stopnia, że teraz właściwie tylko z nich się składam.
Nie jestem w stanie stworzyć związku.
Nie potrafię się normalnie, w rozumieniu większości czy to hetero czy homo, zaangażować w jakąkolwiek relacje uczuciową.
A jak już w jakiejś się znajdę (choć ostatnie lata to przykład doprowadzonego wręcz do perfekcji sposobu ich unikania) spalam się i zachowuje irracjonalnie.

Dziś wiem, że jestem snobem.
Żyjącym ze wszystkim na pokaz.
Tak, żeby widzowie mojego życia zazdrościli i mówili jakież ono jest wspaniałe.
Ale wiem też, że to wszystko to nic innego jak rozpaczliwe krzyki o akceptację.

Nie mam znajomych.
Jakiś czas temu napisałem, że nie mam też przyjaciół.
Mam.
Ale nie umiem z nimi utrzymywać w miarę znormalizowanych stosunków.
W realu.
Zdecydowanie lepiej idzie mi kontakt telefoniczny.

Mam też nieodparte wrażenie, że wszystko co dobre już mnie w życiu spotkało.
Pozostały wspomnienia.
Ciało staje się już niemłode.
Zaczynają doskwierać mniejsze bądź większe dolegliwości.
A to przecież takie nie-perfekcyjne i do tego przecież ja tak strasznie boję się bólu.

Zaświtała mi nawet myśl, że może lepiej będzie wrócić do złotej klatki.
Bo skoro nigdy nie znało się smaku wolności to może on niespodziewanie gorzko i źle smakować.

Boję się tylko, że kiedyś gospodarze tej klatki odejdą.
Dziś nie wiem jak bym sobie z tym poradził.
Choć podobno na to nigdy człowiek nie jest gotowy.
Wolę „pomyśleć o tym jutro”… czyli tak naprawdę nigdy.

Wiem… uciekam przed światem, przed tą pędzącą ciężarówką.
Nie wiem jeszcze jak długo się to będzie udawać.
Ale idzie mi coraz trudniej.

Wrzesień 2009

A wrzesień tego roku był bardzo… chujowy.
Nie piszę, bo ciągle mam jakiegoś mniejszego lub większego doła.
Dobija mnie dokładnie wszystko.
Rzeczy drobne jaki i całkiem poważne.

Jak to szło… pomilczmy zatem nad ta smutną sytuacją…