Martin Solveig mówi Hello

To oczywiście jest zapowiedź jego nowego albumu, który będzie nosił nazwę SMASH.
Po tym teledysku i piosence zapowiada się bardzo smakowicie.
Prognozuje, że tej jesieni wszyscy będą nucić „Hello”.
Et c’est tout


Lata 80-te

No dobrze, skoro wszyscy się chwalą ile schudli to ja też.
Po raz pierwszy od Bożego Narodzenia znów dumnie wkroczyliśmy w lata 80-te.
Wprawdzie póki co oscyluję w okolicach roku urodzin Radixa ale jeszcze dwa nieżyty żołądka i dobrniemy do śmierci Czernienki a może nawet i Andropowa.
Potem stan wojenny i już będę się oganiał od adoratorów.

Fundusz Miłości

Jeden z czytelników bloga przeżywający regularne huśtawkę nastrojów co skutkuje u Niego natłokiem problemów na tle towarzysko- uczuciowym w następstwie czego staję się On sfrustrowaną jednostką aspołeczną prosił mnie bym zamieścił fragment naszej rozmowy.
Musicie bowiem wiedzieć, że dorabiam sobie czasem jako domorosły psycholog zwany popularnie przyjacielem.

Będzie prawie biblijnie bo to swojego rodzaju przypowieść o miłości… ale w otaczającej nas współczesnej rzeczywistości

Ze związkiem jest trochę jak z funduszem inwestycyjnym.
Tyle tylko, że zamiast pieniędzy inwestujemy nasze uczucia.
Nasza waluta jest tutaj miłość.

Inwestujemy i chcemy tę miłość pomnażać i czerpać z niej zyski, co oczywiście jest jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Jeśli jednak druga strona niekoniecznie zaangażowała się odpowiednio mocno to nasza inwestycja staje się coraz bardziej ryzykowna.
Oczywiście my jesteśmy już zakochani, nasze jednostki uczestnictwa jednak zamiast przynosić nam zyski leżą bezproduktywnie, nie procentują a może już przynoszą straty a my sprawdzając codziennie ich wartość coraz bardziej popadamy we frustracje.

No ale jak to było powiedziane w drugiej części Matrixa, komputerowy kod miłości jest łudząco podobny do kodu szaleństwa więc trudno nam podejmować w tym stanie racjonalne decyzje.

Trwamy, licząc, że nastąpi tak oczekiwane odbicie i wreszcie coś zarobimy w naszym miłosnym funduszu.
Oczywiście odradzam pochopne decyzje o szybkim wycofywaniu środków gdyż możemy potem tego gorzko żałować. Co by nie mówić znalezienie w dzisiejszych czasach dobrego i odpowiedzialnego funduszu inwestycyjnego przypomina szukanie dobrego miejsca parkingowego pod marketem, niby duża przestrzeń ale jak się bliżej przyjrzeć to wolne są tylko te miejsca z których dochodzenie do celu trwa lata.
Zatem jeśli nasz fundusz rokuje, trwajmy, ale nie w nieskończoność.
Matematyczne wykresy trwania i frustracji są nierozerwalnie ze sobą połączone a przynajmniej powinny być.
Jeśli jednak sytuacja inwestycyjna nie rokuje albo ewidentnie generuje straty to tylko od naszej cierpliwości i gotowości poniesienia odpowiedniego poziomu tychże strat zależy nasz dalszy udział w Funduszu Związku.
Oczywiście wielu z uczestników twierdzi, choć lepszym określeniem byłoby tutaj łudzi się, że jeszcze nadejdzie hossa (bądź hosanna) i będą opływać w dostatki a procenty od miłości generować będą poza zyskami również stada motyli fruwających w brzuchu.
To oczywiście jak zaznaczyłem zawsze zależy od indywidualnej cierpliwości inwestorskiej, jednak ja odradzałbym zbyt długie oczekiwanie, bo pamiętajcie, że im większe wygenerujecie straty tym później trudniej będzie Wam wrócić do wyjściowego poziomu w którym zgromadzicie odpowiednie środki by rozpocząć nową inwestycję.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że możecie zakwestionować moje rady inwestycyjne tym bardziej, że ostatni fundusz w który inwestowałem a było to ponad 2 lata temu po początkowej bardzo wysokiej stopie zwrotu i ogromnych zyskach ostatecznie splajtował.
Zatem możecie moje rady potraktować niczym biblijną przypowieść niosącą ze soba uniwersalne treści, która jednak nie zawsze musi się sprawdzać – w końcu gdzie jak gdzie ale w funduszach dzieją się prawdziwe cuda.

nie – nie raz czyli kwestia przecinka

To może ja zaznaczę na początek, że miałem w sobotę naprawdę chujowy nastrój przez cały dzień.
Takich skoków humoru nie powstydziłaby się nie jedna miesiączkująca lub zaciążona.

Ale do rzeczy – podchody u Teresy można uznać za bardzo udane.
Podzielono nas na pary, mnie przypadł w udziale Igor.
Zupełnie nie znałem człowieka, tzn. kojarzę Go z kilku imprez u Teresy, ale nic poza tym, chyba nawet nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.
Głupio się przyznać ale nie kojarzyłem nawet jego imienia.

Wychodząc wpadliśmy na pomysł, że po co iść jak można jechać choć w rezultacie nic nam to nie dało, bo i tak dotarliśmy jako ostatni, choć dzięki prawidłowo wykonanym zadaniom wskoczyliśmy na 2 miejsce.
Swoją drogą zawsze mówiłem, że wolę srebro – w złocie do twarzy jest tylko Ge :-)

Podchody z założenia miały oczywiście głównie promować walory Julianowa jako wspaniałej dzielnicy ale też chyba spowodować lepsze wzajemne poznanie się i może nawet trochę pozwolić na flirtowanie w parach.
Oczywiście ja wyszedłem na totalnego gbura i nudziarza bo podszedłem do całej sprawy niesamowicie poważnie no ale przecież nie mogłem sobie pozwolić na flirtowanie bo po pierwsze On ma faceta a po drugie… On ma faceta.
Obnażenie mojej grobowej powagi przyszło gdy już dotarliśmy z powrotem do Teresy i nastąpiła seria pytań o to co kto robił w tych parach podczas podchodów.
Czarek zapytał o to czy zerkałem na Igora podczas podchodów.
Odpowiedzi drastycznie się różniły, on odpowiedział, że „nie raz” ja zatrzymałem się na „nie”.
No i wyszła niezręczna sytuacja.

Szkoda, bo z tej ponad godzinnej wyprawy skonstatowałem, że Igor to fantastyczny i niezwykle ciepły facet, i do tego nawet trochę w moim typie.
No ale jest zajęty a jedną z moich świętych zasad jest, że „nie ruszamy cudzych rzeczy” więc nic z tego nie będzie.

***

Dużo się dzieje, nawet bardzo dużo.
Tylko, że przez ten upał to człowiek się do klawiatury przykleja więc jakoś tak średnio mi się chce pisać.

***
W sumie to fajnie, że jest upał.
Szkoda, że jeszcze przed jego nastaniem rozpocząłem wojnę z zaprzyjaźnionymi syfami na twarzy, które co jakiś czas ściągają, cholera wie skąd całą rodzinę na urlopowanie.
Ale tym razem jestem od nich skuteczniejszy.
Jedyny problem to fakt, że po niektórych specyfikach nie wskazane jest opalanie się, dlatego znów jestem blady.
Dobra, ważne, żeby zawsze dorabiać jakąś ideologię.
Zatem znów będziemy mówić w tym sezonie, że tylko robole są opaleni a arystokracja unika słońca.

***
Sprawy zdrowotne też jakoś średnio, bo po wizycie w szpitalu miało być już tylko lepiej a od tego czasu przeżyłem już 2 ataki szalejącego bólu brzucha, które zwykle kończą się około 6 godzinnym zwijaniem się z bólu i zastanawianiem się którędy będzie szybciej, górą czy dołem.
Wczoraj wygrałem z nadchodzącym atakiem wypijając leczniczą nalewkę z orzecha od mamuni – istnieje więc szansa, że zanim mnie zoperują we wrześniu do tego czasu zostanę alkoholikiem.

***
Wybrałem się do biura podróży w poszukiwaniu jakichś sensownych wakacji, czytaj od razu od wejścia poprosiłem o sprawdzenie tylko i wyłącznie niemieckiego katalogu.
Poszukiwania rozpoczęliśmy od Ibizy, przemiły Pan (nawet bardziej niż przemiły, mrau) postukał w komputerze i podaje mi katalog.
- Ten hotel który tu znalazłem jest w samym mieście Ibiza, więc może być nieco głośno ale z drugiej strony jest przy samej plaży, proszę zerknąć na stronę 114 na dole.
Patrzę i oczom nie wierzę.
Zwykły katalog a przy wspomnianym hotelu wśród stada oznaczeń, że gwiazdki, All Inclusive czy inne takie widnieje tęczowa flaga.
Uśmiecham się delikatnie a miły Pan zauważa i dopowiada – będzie się Panu podobało.
Zapewne.
A swoją drogą – to się nazywa siła różowego pieniądza, w Niemczech już wiedzą jak ją wykorzystać.
Ciekawe kiedy u nas ?

***
Bardzo chciałbym się wybrać na sobotnie EuroPride, ale przeraża mnie trochę upał, ostatnio naprawdę bardzo źle go znoszę, zresztą mówią w mediach, że osoby starsze nie powinny opuszczać domu między 11:00 a 16:00.
A poza tym, w pracy tak mnie obstawili robotą, że na Paradę bym tylko wpadł i zaraz musiał wracał do Łodzi.
Fuck – jeszcze pomyślę.

Tak źle i tak nie dobrze

Ostatnio piszę dużo.
Tak.
Jakoś tak mnie naszedł renesans blogowania.
Chce mi się pisać, chce mi się przekazywać myśli i jeszcze do tego jakoś się zdyscyplinowałem, żeby znaleźć na to wszystko czas.
Póki co się udaje.
Może to tylko zapowiedź głebszych zmian o których myślę.
Dyscyplina… to zdecydowanie będzie słowo klucz drugiej połowy roku.

Nie wszyscy czytelnicy odnotowali fakt nawrotu choroby częstego pisania i zaglądając tutaj przeżywają szok, że nie są na bieżąco.
A archiwum zahasłowane.
Dlatego zmieniłem ustawienia i na głównej będzie można od dziś przeczytać ostatnie 10 notek.

Grzech pychy jest zaraźliwy

Rok 2010 już dziś można ogłosić rokiem pychy.
Najpierw Jarosław zdecydował o pochowaniu brata z małżonką na Wawelu a teraz jak słusznie pisze na Homikach Michał Zygmunt,  Komorowski nie przedstawił pod adresem lewicowego wyborcy żadnej oferty, przekonany o konieczności, przed jaką stali rzekomo wyborcy Napieralskiego.
Ten brak oferty może przesądzić o jego porażce.
Tym bardziej, że w tej chwili (1:20) ilość oddanych głosów nieważnych jest większa niż różnica miedzy kandydatami.

Pisałem w poprzedniej notce, ze Ci którzy niegłosowali lub oddali głosy nieważne powinni być wyrzutem sumienia dla rządzących.
Teraz okazuje się, że stają się jezyczkiem u wagi.
I bardzo dobrze, zbytnia pewność siebie zawsze gubiła polityków.
A operowanie strachem przed konkurentem jako głównym asem kampanii prowadzi na manowce.

Jak doskonale wiecie, ja nie sprzyjam żadnemu z kandydatów.
Cała kampania przed II turą wyborów była dla mnie niesmacznym pojedynkiem prawicowych, zachowawczych, bezzębnych (jeśli chodzi o wyrazistość poglądów) starców w kisielu.
Obojętnie kto wygra będzie to dla mnie porażką.

Lecz patrząc na pracę włożoną w zdobycie Pałacu obiektywnie trzeba przyznać, ze Jarosław starał się bardziej.
Ja rozumiem, że Bronek chadza na polowania i umie się zaszyć na jakiś czas w bezruchu by nie płoszyć zwierzyny ale akurat tutaj nie o to chodziło.
Odrobina charyzmy i wyrazistości jest jednak do zwycięstwa potrzebna.

Prezydent wszystkich Polaków… o włąs.

Trochę matematyki na początek

Liczba uprawnionych do głosowania: 30 391 450
Frekwencja (wybrałem najwyższą z prezentowanych sondaży): 56,2 %
Czyli głosowało: 17 079 995
Z tego Komorowskiego poparło (wybrałem najkorzystniejszy wynik dla Żyrandola): 9 069 477
Czyli… Komorowski będzie Prezydentem 29,84 % Polaków.

Mojego głosu, zgodnie z zapowiedzią, nie otrzymał żaden z kandydatów.
Pierwszy raz w życiu nie brałem udziału w wyborach.
Nie czuję się z tym najlepiej.
Ale skoro obaj kandydaci dosadnie powiedzieli, że ja ich nie interesuje, nie interesują ich moje problemy i potrzeby to na moje zaufanie po prostu liczyć nie mogli.
Nie popieram ideologii głosowania ze strachu ani wyboru mniejszego zła.
Demokracja ma też możliwość wstrzymania się od głosu, zgłoszenia votum separatum, milczenia.
A to milczenie, jak widać z frekwencji prawie połowy obywateli, powinno być wyrzutem sumienia dla polityków.
Bardzo dużym wyrzutem sumienia.

Prezydent w naszym katolickim kraju postrzegany jest wciąż w nienowoczesny sposób jako wręcz swoisty ojciec narodu… zatem przez najbliższe 5 lat zanosi się na to że ja będę sierotą.
No ale pewnie wróci teraz tradycja prezydenckich polowań.

Tak bardzo chciałbym, żeby to nie był mój problem

Jak się leży w szpitalu to człowiek może się wyspać lub wyglądać telewizji.
Bezprzewodowego Internetu jeszcze tam nie znają.
No to oglądałem środową debatę prezydencką.
Nie mam skali porównawczej bo nie widziałem tej niedzielnej.
Podobno teraz Kaczyński wypadł lepiej.

Do mnie żaden z nich nie przemawia.
Obaj są rozmemłanymi starcami, których za chwilę będzie trzeba przewijać, karmić i podłączać pod kroplówkę.
Ja wiem, że w Polsce prezydent za wiele nie może ale to właśnie dlatego powinien o to stanowisko ubiegać się jakiś wizjoner, który byłby na tyle odważny a może i nawet z lekka szalony by wskazywać kierunki i wytyczać szlaki.
A tak… mam wrażenie, że w najbliższą niedzielę odbędą się wybory na Przewodniczącego Społecznej Rady Domu Starców im. Rzeczypospolitej a nie wybór Prezydenta.

Po środowych wypowiedziach kandydatów całkowicie nie zdziwi mnie niska frekwencja.
Ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, trochę własnych pieniędzy i energii oraz ambicji by coś w życiu osiągnąć zostanie w domu i nie pójdzie zagłosować.

Żaden myślący człowiek nie poprze kogoś kto chce jednoczesnego dalszego istnienia KRUS-u, utrzymania przywilejów emerytalnych oraz nie podnoszenia wieku emerytalnego.
To się wzajemnie wyklucza
Takie postrzeganie sprawy oznacza tylko tyle, że kandydaci albo nie wiedzą o czym mówią czyli po prostu bredzą albo kłamią celem zdobycia głosów a potem i tak zrobią co będą chcieli.
O ekonomii w ogóle nie usłyszałem niczego ciekawego.
Przerażający jest za to fakt, że obaj kandydaci chcą tylko rozdawać przywileje i powiększać społeczne „karmienie” nieprzystosowanych.
Dlaczego to takie przerażające – bo ja niestety wiem kto za to będzie musiał zapłacić.

Przy tych wszystkich argumentach powyżej całkowita zlewka sprawy in vitro i związków jednopłciowych nawet nie dziwi.
Szkoda gadać.

To nie są moi kandydaci.
Żaden z nich nie dostanie mojego głosu.

Ma ktoś fajny pomysł na spędzenie niedzieli – może jakiś rower, basen albo wypad za miasto ???