Sobotnia impreza czyli raport z tego co się działo a nie wszyscy pamiętają…

Imieniny u Ge to zawsze spore wydarzenie towarzyskie.

Za klasykę uznać należy kilka faktów takich jak to, że zawsze ktoś się upije i głośno komentuje okoliczności nie przebierając zbytnio w słowach, ktoś przyprowadzi nowego męża albo z nowym mężem wyjdzie z imprezy czy też uczestnicy nabawią się nowych towarzyskich sympatii (rzadziej) czy też antypatii (zdecydowanie częściej).

Jak już pisałem w poprzedniej notce w tym roku zaproszenia otrzymała chyba rekordowa liczba osób i mimo śniegu, mrozu i lodu uniemożliwiającego często przyjazd przy też przylot na imprezę i tak było sporo osób.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie uchylił rąbka tajemnicy, że kilka osób z pośród tych które zaproszenia otrzymało nie pojawiło się na imprezie z pełną premedytacją, ale powodów póki co nie będę ujawniał, choć zdecydowanie mogłyby nadać pikanterii naszym znajomościom.
Ge postanowił chyba pójść trochę głównym tropem moich urodzin i starać się zapraszać ludzi z różnych środowisk, bo taka integracja zawsze skutkuje stworzeniem ciekawych konstelacji towarzyskich. Przecież nigdy nie wiadomo kto komu przypadnie do gustu.
Pewnym zagrożeniem jest sytuacja, gdy to jeden gość przypada wszystkim albo prawie wszystkim jednocześnie do gustu… i zaczynają się wyścigi i podchody. Ale spokojnie w tym roku taka sytuacja prawie nie wystąpiła… bo zarówno between jak i Radix nie dojechali.
Możliwa jest też oczywiście sytuacja z goła odwrotna, że jeden gość nikomu nie przypadł do gustu, ale ten wyjątek dość dokładnie wczoraj roztrząsaliśmy i analizowaliśmy w rozmowie z Czarkiem – szczegóły niech pozostaną naszą słodką tajemnicą.

Standardem takowych spotkań są też wzajemne animozje, skrywane mniej lub bardziej udanie za maską kurtuazji i przedświątecznej serdeczności, które to maski nieubłaganie spływają z twarzy uczestników wraz z ilością przyjętego alkoholu.
W tym roku jednak obyło się bez jakichś większych skandali na tym polu (albo przynajmniej ja nic takiego nie słyszałem).
A że kilka osób miało dość osoby zwanej ostatnio Termosem czy też ktoś teatralnym szeptem skomentował gniazdową fryzurę innego z gości lub też opisując małżonków raczył wyrazić się per „nie cierpię tego zadufanego gówniarza” to było niczym lekkie muśnięcie wiatru w zwykle występującym na takich imprezach huraganie plotek.

Znaczy było miło, podobno – bo nie rozmawiałem ze wszystkimi.

Prezenty dla solenizanta bardzo różnorodne, od takich które sam zamówił i udawał zdziwienie rozpakowując po te mniej oczekiwane aż do tych z cyklu, „what the fuck”.
Domyślcie się z której kategorii był mój? Tak, trafiliście i jestem z tego dumny… w końcu On mi na urodziny kupił wagę łazienkową :-P

Jedną z zasad imienin bądź co bądź prawie przedwiligiljnych są też prezenty dla uczestników od Ge i innych zaproszonych gości.
Tegorocznym hitem były zdecydowanie szpilki dla Teresy, która natychmiast je przymierzyła i co więcej nie zabiła w nich siebie ani nikogo stojącego na jej drodze.
Ja otrzymałem zestaw kluczy (od 10 do 17 mm) w kolorze tęczowym, tęczowy krawat i krem energetyzujący.
A zapomniałbym o silikonowej nakładce na… palec, no na palec też może być.
Byłem tak często wywoływany po odbiór prezentów, że aż byłem tym nieco zmieszany.

Niestety nie było żadnych gier towarzyskich, wiec nie dane było gościom publicznie wyznać z kim z całego zaproszonego grona by się najchętniej przespali.
Ja jako nad wyraz cnotliwa osoba z pewnością o jakimś rychłym zaciągnięciu do łóżka bym nie myślał ale z kilkoma osobami chętnie umówiłbym się… na kawę.
Są wśród nich zarówno Ci z kategorią „tu i teraz natychmiast” , „jak Cię rzuci mąż to zadzwoń” , „zadzwoń nawet jak Cię nie rzuci ale zostanie dłużej w pracy” czy też „o, my się chyba jeszcze nie znamy”.

Kolejne imieniny Ge za rok.
A Wy teraz domyślajcie się kto się kryje pod jakimi opisami – miłej zabawy.

Tak szybko i spontanicznie poimprezowo.

Planowałem napisać notkę na temat tego o czym rozmawiałem m.in. z Czarkiem na imprezie imieninowej… ale jestem już tak śpiący, że notka powstanie nieco później, jak tylko sen i zmęczenie przestanie ze mną wygrywać.
Możecie być spokojni… jej tematyka jest zbyt ważna by tak po prostu o tym wszystkim zapomnieć.

A ogólnie impreza bardzo udana.
Było ciekawie i… dość tłoczno a i tak nie wszyscy dotarli.

Dobranoc… padam na ryj – więcej gdy się obudzę.

Podobno powinienem napisać coś większego.

Ostatnimi czasy dwie osoby, które nigdy ze sobą się nie spotkały a czytają bloga, prawie jednocześnie zasugerowały mi bym wziął się za pisanie czegoś „większego”.

Czasem czytuje Twój blog… Masz talent, dlatego jako filolog mówię, że powinieneś pomyśleć o jakiejś autorskiej formie spisanej.

Hmm… kiedyś już rozważałem przetrzebienie notek z tego bloga, wybranie najciekawszych i złożenie ich w całość.
Może nawet ktoś chciałby to wydać.
Tylko czy ktokolwiek chciałby to przeczytać (i jeszcze za to zapłacić) skoro tutaj wszystko jest całkowicie darmo.

Choć może jest to jakiś pomysł.
Przecież i tak siedzę teraz w domu.
Musiałbym tylko wymyśleć bohatera i ciekawe historie a potem podlać to wszystko sosem  ekscentryczności i seksu – to zawsze przykuwa uwagę.

Z cyklu: Pozytywne spojrzenie podczas choroby.

No i pięknie.
Jestem chory.
Ale już tak na maxa… mam dreszcze, jest mi zimno, mam temperaturę i boli mnie gardło.
Lecz skoro w komentarzach do poprzedniej notki namawialiście mnie do optymistycznego patrzenia na świat to staram się jak mogę.
W sumie mój nowy wiek ma jakieś tam zalety.
Od piątku mogę już zostać wybrany na urząd Prezydenta RP.
Od razu mi lepiej :-)