I’m indestructible

Ja wiem, że to nie jest bardzo nowy numer.
Ale jakoś tak cholernie dobrze mnie oddaje teraz.

Zwłaszcza ten fragment:

But I’m gonna love you like I’ve never been hurt before
I’m gonna love you like I’m indestructible
Your love is ultimate and again it’s taking over
This is hardcore
And I’m indestructible

A Ty nic nie szukasz, nic nie chcesz, w nic nie wierzysz?

Na jednym z randkowych portali zmieniłem ostatnio zdjęcia i nicka co spowodowało niebywały wysyp odwiedzin i już chyba wiem czemu kobiety tak często zmieniają kolor włosów a firmy odświeżają logotypy.

Pewien 20 latek który odwiedził mój profil zapytał mnie czego szukam.
Odpowiedziałem pokrętnie, że po prostu szczęścia ale On nie dał za wygraną i nie dając w mą odpowiedź wiary drążył temat.
Przyparty do muru musiałem wreszcie powiedzieć prawdę.
Owszem szukam kogoś a nawet Kogoś kto przywróci mi wiarę w zakochanie, w to, że jeszcze kiedyś będzie mi się chciało cokolwiek robić, bo póki co rozleniwiłem się niesamowicie i to na każdym polu życia.
I choć wiem, że to irracjonalne to wierzę, że ktoś taki się kiedyś jeszcze pojawi, choć chyba na niego nie zasługuję.

Boszzz ja po prostu czekam na Księcia z Bajki…. fuck jakie to jest żałosne.

Bo najważniejsze to umieć opowiadać ciekawe historie.

Na czym polega niska samoocena ?
Zwykle na tym, że zdając sobie sprawę z jakiejkolwiek własnej inności tak bardzo chcesz to ukryć i podobać się wszystkim dookoła, że w rezultacie przestajesz być sobą. Płacisz sobą za to by sobą nie być. Chcesz być kimś kogo wszyscy od Ciebie oczekują bo wydaje Ci się, że tak będzie łatwiej, że nikt się nie domyśli i nie skapnie jaka jest prawda. Na dłuższą metę rezultaty na ogół są gorzej niż opłakane. Bo prawda jest jak wiercące się na krześle dziecko, początkowo starasz się nie zwracać na nie uwagi potem strasznie Cię to irytuje by w końcu nie mogąc nic z tym zrobić poddać się akceptując sytuację. Zwykle wtedy dziecko przestaje się wiercić udowadniając nam, że gdybyśmy rozpoczęli od akceptacji byłoby znacznie lepiej dla wszystkich.

Uwielbiam oglądać mądre filmy, głównie po to by kraść zawarte w nich przesłania, wplatać w nie wątki autobiograficzne i choćby w myślach doszlusowywać do głównych bohaterów.
Że niby ja też tak mam. Mnie tez to gdzieś dotyczy

Zapytałem ostatnio przyjaciela o to czy uważa, że jestem typem samotnika, takiego trochę „odmieńca” który niby towarzysko się udziela ale w gruncie rzeczy zawsze jest na uboczu i do końca nikt go nie zna bo nie pozwala się nikomu zbliżyć.
Powiedział, że tak.
Może dlatego tak często ostatnio słyszę zachęty bym napisał coś innego niż tylko kolejne notki na bloga. Że mam dar snucia ciekawych opowieści i może warto go wreszcie wykorzystać w jak się to ktoś wyraził „nieco pełniejszy sposób”.
Nigdy nie sądziłem, że mam taki dar, raczej uważałem się za przeciętniaka albo nawet nieco poniżej.
Może nie chciałem być sobą. 
Lubię makaron… ale nigdy go nie dotykałem.

BWK czyli Bardzo Ważny Komentarz

Rzadko zdarza się, że przeklejam jako nową notkę wpisy pojawiające się w komentarzach.
No bo komentarze, to komentarze, żyją w powiązaniu z notką której dotyczą.
Ale nie ten. Ten jest na tyle uniwersalny, że może i powinien istnieć oddzielnie.
Przy okazji, Mike, bardzo dziękuję że go napisałeś.

Komentarz dotyczy oczywiście notki poświęconej baśniom.
Notki, która jak się okazało wywołała spory odzew i wzbudziła poruszenie.
Mam nadzieję, że przywróciła też wiarę w to, że to nikt inny jak my sami kreujemy baśnie.

Witam,
Trafiłem na Twojego bloga ok. 3. miesięcy temu, przypadkiem.
Najpierw odwiedziłem blog czytany przez osobę, której wpisy czytuję regularnie, potem zaglądałem do kolejnych blogów odwiedzanych przez kolejnych autorów. W sumie całkiem to typowy i pewnie często występujący schemat, więc może w tym wszystkim nie tak wiele przypadku, jak może się wydawać. Nieważne.
Nie jestem z Łodzi. Zamiast starych fabryk włókiennychych z okna widzę nasze zimne morze. Z Łodzią, jej mieszkańcami i miejscami niewiele mnie łączy. Nie do końca potrafię się rozeznać w zależnościach między pojawiającymi się w kilku blogach (poznanych w podobny sposób, jak Twój blog) imionach, ksywach i miejscach, ale nie to jest najistotniejsze.
Najistotniejszą rzeczą – a jednocześnie główną przyczyną pisamia tego komantarza – jest informacja dla Ciebie: baśnie się zdarzają.
I mogą przydarzyć sie też Tobie. Chciałbym, żeby kosmiczne momenty (ta, mnie też drgnęła powieka, gdy przeczytałem słowa o sankach z dzieckiem) stały się Twoim udziałem. Jak pisałem wcześniej – nie znam Cię długo, nie znam Cię dobrze. Wiem o Tobie tylko tyle, ile sam napiszesz, uważam Cię za takiego, jakim sam chcesz być widziany przez swoje teksty. Ale myślę – choć może raczej przeczuwam – że jesteś wart przeżywania chwil, które potrafisz docenić.
Nie chcę ani pisać pochwał pod Twoim adresem, ani wyrażać wielkiego współczucia z powodu problemów w pracy lub trzyletniej samotności yyy… singelstwa..? Sam żyję w pojedynkę od ponad dwóch lat i też nie czuję się z tym najlepiej, zwłaszcza po nieudanej próbie reaktywacji życia we dwoje, która to próba odblokowała jakieś uśpione emocje i wzbudziła tak nagły ich głód, że sam dziwiłem się temu, że potrafię coś takiego odczuwać. Wierzę jednak, że nie można działać na siłę i czasami warto poczekać, choć samemu się nie wie na co. Wystarczy otwartość i gotowość, niekoniecznie determinacja i zapał. Tak uważam. I myślę też, że Twoja praca w radio nie sprawia, że jesteś ciekawszym czy szczęśliwszym. Pewnie działa to w drugą stronę i to ty w jakiś sposób definiujesz radio, nie ono ciebie. Ale przynależymy do wielu miejsc, po prostu nie wszystkie jeszcze poznaliśmy. Może to wcale nie radio? Może znajdziesz ten swój punkt kiedyś, przypadkiem? W taki sposób można poznać naprawdę interesujących ludzi:)
Życzę samego szczęścia – i to wcale nie z powodu Nowego Roku. Z powodu czystej do Ciebie sympatii. 3m się ciepło.
Mike

Jeszcze raz bardzo dziękuje za miłe słowa.

Jak pięknie pokazać rozstanie ?

Ja wiem, że dla wielu to nudziasz od ballad dla nieszczęśliwie zakochanych ale ja go bardzo cenię.
Nowa płyta jest zupełnie inna pod dwóch Jego pierwszych krążków.
Bardziej rockowa, dużo więcej tu gitar i zadziorności, mimo tego bardzo przyjemnie się jej słucha.

James Blunt, bo o nim mowa wydaje właśnie drugiego singla z albumu „Some kind of trouble”
Po pierwszym niezwykle radosnym, wesołym, wręcz wakacyjnym numerze „Stay the night”


 

przyszedł czas na coś bardziej serio.
James zawsze pięknie umiał śpiewać o rozstaniach.
„So far gone” trzyma poziom, fajna muza, dobry tekst a tutaj dorzucono jeszcze naprawdę fajne wideo, które nie jest sentymentalnym rzygiem.
Szacun.


 

So I’ll just say what you won’t say
and I’ll take the blame if it is for your sake
No turning back on what you can’t save

So far gone
Yeah, we’re so far gone

Dlaczego nikt już nie opowiada baśni ?

Na blogach pojawiły się wszelkiej maści podsumowania.
Kto, co lub kogo i w jakiej ilości zdobył, gdzie był, co osiągnął.

Ja przeczytałem rok 2010 na swoim blogu raz jeszcze i prawdę powiedziawszy to nie była wesoła lektura.
Nie potrzeba wykazywać się jakąś nadzwyczajną przenikliwością by dostrzec, że to nie był dobry rok.
Może trzeba już otwarcie się do tego przyznać, że zdradzam objawy depresji. Podobno to widać ale usłyszałem też,  że ludzie którzy są wokół mnie doceniają fakt, że staram się to za wszelką cenę ukryć i szanują to, że się nad sobą nie użalam.
Przechodzę to w milczeniu, jak zwykle znajdując dla wszystkich czas, ciepłe słowo a nader wszystko uśmiech. Chętnie służę też poradą oddawszy się wcześniej wysłuchaniu ich problemów. I żebyście sobie teraz nie myśleli, że robię to na odwal się, nie – ja naprawdę się angażuję. Raz, że tak mnie wychowano a dwa, serio czuję taką potrzebę.

Nie chwaląc się często moje porady skutkują, przynosząc oczekiwane skutki, zwłaszcza na polu uczuć. Dlaczego więc umiejąc i radząc sobie z naprawianiem świata innych nie umiem uleczyć siebie ? Sądziłem, że to skomplikowany problem ale wcale tak nie jest. Odpowiedź jest banalnie prosta.
Ja po prostu nie mam czego naprawiać. Bo nic się nie zepsuło. Ja po prostu nie mam swojego życia.
Ja nie żyję.

Żyję pracą, którą kocham i o której mogę mówić godzinami bo pochłania mnie bez reszty, żyję życiem (i problemami) bliższych i dalszych znajomych, żyję błahostkami codzienności ale nie żyję swoim życiem. Bo nie umiem. Nikt mnie nigdy tego nie nauczył, nie pokazał jak. Jestem takim dużym i koszmarnie nieporadnym dzieckiem z zaniżoną samooceną, brakiem przebojowości i niewiarygodną wręcz nieśmiałością któe jest o tyle urocza co irytująca

W 2010 po raz pierwszy zaczęło mi się poważnie nie wieść w radiu. Uwierzcie – jest naprawdę chujowo. A że praca w radiu to całe moje życie więc dość boleśnie to odczułem. Być może moi prezesi to doskonale wiedzą i będą się teraz cieszyć czytając to ale niszcząc mnie w radiu niszczą mnie jako człowieka. Nie chcę się teraz użalać nad sobą ale powiem tylko tyle, że były momenty w 2010, że niewiele brakowało by mieli Oni moją krew na swoich rękach. Spokojnie to już za mną, nie zrobię tego najbliższym i rodzinie, bo oni są dla mnie milion razy ważniejsi niż kłopoty z głupimi, miałkimi i małymi ludźmi w pracy. To, że obecnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić siebie w inne pracy nie oznacza, że jest to niemożliwe.

Jeśli chodzi o życie prywatne, to do złej passy już chyba przywykłem. Za chwilę miną 3 lata jak jestem sam. Wróć, jak jestem singlem – to zdecydowanie lepiej i tak bardziej nowocześniej brzmi. No i mniej traumatycznie.
Zaczynam się użalać nad sobą, a zamiast to robić powinienem nad sobą popracować. Bo tego po stokroć bardziej potrzebuję. Tylko ta silna wola jakoś taka marna jednak się okazuję.
Wiem, zapuściłem się. Przytyłem, trochę odpuściłem dbanie o siebie, ale wierzcie mi dryfując bez celu człowiek nie ma chęci myśleć o przygotowaniach do ważnych życiowych chwil gdyż jego wiara w to, że one kiedyś nadejdą jest niebywale wątła.
Choć żeby nie było – ciągle w to wierzę i nie zamierzam się poddawać ani w sprawach zawodowych ani uczuciowych.

Wznosząc toast o północy powiedziałem głośno moje życzenie na 2011 rok.
Chcę być w tym roku piękny!
Na każdym polu.

A wracając do pytania z tytułu.
To proste, dlatego, że dziś zawarte w baśniach szczęście radykalnie się zmaterializowało. Szczęście ma dziś po prostu metkę z ceną i rozmiar 40 cali, choć może oczywiście przyjmować inne kształty.
Nikt nie chce szczęścia którego nie widać, szczęścia które odczuwamy tylko my bez pokazu dla innych.

Podrywałem w minionym roku (oczywiście nieskutecznie) pewnego przystojnego faceta z dzieckiem.
Ostatnio znów chwilę pogadaliśmy via GG i wiecie co mi On w pewnym momencie rozmowy powiedział, że musi kończyć bo idzie z synem na sanki.
I to się nazywa szczęście.
Ja chcę właśnie takich pięknych baśni w 2011 roku.