Wiosna jest na literę W

W jak Warszawa.
Jednak Warszawa… ale mogłem wylądować zupełnie gdzie indziej.
Dobra, zdradzę co nieco co się u mnie dzieje.
Było źle (to wiecie, bo pewnie czytaliście)… ale od czego są magia i silne noworoczne postanowienia.
W Sylwestra siedziałem sam w domu z temperaturą, opatulony kocami, obstawiony lekami, szampanem i pisałem CV.
Bo przecież wiadomo, że jak można odpowiedzieć na ogłoszenie o pracę przez dwa tygodnie to robi się to ostatniego dnia, nawet jeśli tym dniem jest Sylwester.
Płodziłem CV wraz z projektem restrukturyzacji firmy, nową ramówką i takimi tam różnymi dziwnymi dokumentami.
Znów zamarzyło mi się być Redaktorem Naczelnym.
Jakby mi przygód w Nysie nie wystarczyło.

Napisałem, wysłałem i o północy otwierając szampana wypowiedziałem na głos (mogłem – bo byłem sam w domu) trzy życzenia.
Dziś, kiedy to piszę, dwa z nich się już spełniły, a klucz do spełnienia trzeciego sam trzymam w ręku.

Okazało się, że kandydatów na wymarzone miejsce Naczelnego, daleko od Łodzi, było aż trzydziestu.
Po dwuetapowym postępowaniu i wyprawie na Dziki Wschód i to do tego w środku zimy, okazało się, że pokonałem wszystkich i to mnie zaproponowano to stanowisko.
Problem w tym, że w tym czasie odezwała się też Warszawa… na co przyznam szczerze, zupełnie nie liczyłem, bo to taka instytucja z cyklu jak chcesz coś tam załatwić w lipcu, to zapukaj tam już w styczniu, może się wyrobią.
A tutaj jednak okazało się, że można szybciej jak się chce.
Taki to Panie Suprise :-)

Zacząłem liczyć – na pierwszy rzut oka oferta ze Wschodu była lepsza (etat i kasa) ale Warszawa to Warszawa, wprawdzie bez etatu i wstępnie kasa mniejsza, ale możliwości na zmianę obu tych rzeczy – prawie nieskończone.

Długo biłem się z myślami, w końcu zdecydowała moneta, a że ja zawsze wybieram ORŁA więc została Warszawa.
I mimo, że było kilka momentów zwątpienia, to nie żałuję. Robię to co lubię i jest mi dobrze.
Oby było lepiej.