Głupi rocznik

Z każdym dniem MAC miał coraz większego stresa.
Rozumiałem Go doskonale, bo przecież matura to ciągle jeszcze egzamin, który wiele w życiu znaczy.
Tym bardziej u Niego, bo marzyły mu się dobre studia.
Ale o tych studiach nie rozmawialiśmy zbytnio… może żeby nie zapeszać a może żeby nie rozpraszać niepotrzebnymi myślami przed maturalnymi potyczkami.

Obserwując Go od kilku miesięcy ani przez moment nie miałem żadnych wątpliwości że zda. Chodziło tylko o to na ile punktów zda i jak go to ustawi w dalszych bojach o index.
Przyznam szczerze, że ja w ogóle nie wyznaję się na tych nowych maturach.
Jakieś rozszerzenia, punkty, procenty etc.
No ja wiem, że jak MAC to przeczyta to będzie marudził… bo przecież próbował mi to wielokrotnie tłumaczyć… za którymś razem już mi się wydawało, że zrozumiałem, ale chyba jednak nie łapię całego tego systemu.
No ale stary jestem… za moich czasów, nie dość, że matura była zupełnie inna, to jeszcze nawet gimnazjów nie było :-)

Nie zdradzę chyba jakiejś wielkiej tajemnicy, że najbardziej bał się egzaminów z języków obcych.
Angielskiego moim zdaniem zupełnie nie musiał się obawiać (no może poza akcentem, twardym jak wątróbka na koloniach w ’88 w Darłowie)
Twierdził, że gorzej mu pójdzie z niemieckim… bo mimo iż sporo i chętnie się tego języka uczył to ciągle w siebie wątpił.
Kłamczuch… poszło mu znakomicie. Chyba nawet lepiej niż znakomicie.

W ogóle cała matura poszła jak z płatka…. a we wszystkich podsumowaniach eksperci pisali, ze 1995 to najgłupszy rocznik od lat.
Słabo poszły temu rocznikowi egzaminy gimnazjalne i matura też wypadła blado, chyba nawet najgorzej od lat.
Znaczy się MAC mentalnie jest nie z tego rocznika.
Czasem się zastanawiam, czy On jest z tego świata.
To będzie kiedyś jeden z najmądrzejszych ludzi w Polsce – zobaczycie.

 

Nowe stanowisko

Tak tylko ku pamięci zapisuje, że stres miałem ogromny.
Ale o dziwo okazało się, że podoba się to jak to robię.
I mimo, że robię inaczej niż cała reszta to szefostwu się podoba.
Miło.

Od dziś skrót DK i DW na zawsze znaczyć będą już coś zupełnie innego.
Fajne to nowe zajęcie.
Podoba mi się.
#jaramsię

MAC Łódź 02

Niestety, po tym pierwszym razie…pierwszej wizycie, musiał szybko wracać do domu.
Ale powiedział, że jeszcze przyjedzie.
A ja niczym nastolatka usiadłem na skraju łóżka gdy już wyszedł i zamknąłem za nim drzwi i nie chciało mi się wstawać.
Bo chyba nie mogłem uwierzyć we wszystko to co się właśnie wydarzyło.
Zjawiskowy chłopak pojawił się w moich drzwiach i jeszcze bardzo bardzo mnie chciał.

Jak mówiłem… powiedział, że wróci, a, że przystojni chłopcy w Jego wieku nie umieją kłamać, to wrócił.
Za czas jakiś.
Znów było wspaniale, choć tym razem nieco inaczej.

Uwielbiam patrzeć na młodych ludzi, którzy wszystko albo przynajmniej wiele widzą po raz pierwszy w życiu.
Ciągle coś poznają nowego, nieustannie się uczą, są jak gąbki wchłaniające nie wodę a wiedzę z otoczenia.
MAC też taki jest.
Fascynujące połączenie ciekawości świata z nieokiełznanym apetytem na uczenie się.
Wszystkiego, wszędzie i zawsze.
imponuje mi ten chłopak.
I to bardzo.

MAC Łódź 01

Początkowo doskonale mi się z NIM gadało, ale prawdę powiedziawszy jakoś nie widziałem Nas razem.
Bo różnica wieku. I odległość.
Dlatego też nie śpieszyłem się ze spotkaniem
On jednak i na tym polu nie dawał za wygraną.
Któregoś dnia, a był to piątek, parę miesięcy wstecz zadzwonił do mnie w ciągu dnia, że jedzie dziś do mnie i że za 3 godziny będzie u mnie.
Przyznaję ogarnęło mnie przerażenie.
Ale, że jak to ?
Tak nagle ?
Ale ja mam nieposprzątane i Miszal z Londynu akurat przyleciał i w ogóle tego nie planowałem….
No ale On już jechał.

Obawiałem się cholernie tego spotkania.
Ale gdy otworzyłem mu drzwi, wiedziałem już, że wpadłem po uszy.
No co ja zrobię, że tak już mam – miłość od pierwszego wejrzenia to w moim przypadku nie żadne bajki tylko realna prawda.
O tym, że jest mądry, oczytany i ogólnie rozgarnięty, to już wiedziałem od kilku tygodni, ale teraz okazało się, że jest jeszcze mega przystojny.
To znaczy przyjmując, że każdy w miarę zadbany facet przed 25 rokiem życia jest przystojny, to ten był MEGA przystojny.

No a dalej to było trochę jak w NIGDY W ŻYCIU… tzn:

Bosko całował, ale właśnie o to chodzi, że tak całował jak nie powinien!’
Przyjaźń? To ma być przyjaźń? Z takim całowaniem? 

Ciąg dalszy nastąpi…

Nowy ON

Właściwie to pod tym względem ze mnie jest dupa.
Wszystkie poprzednie związki bardzo dokładnie na tym blogu były opisywane, jak się rodziły, jak dochodziło do pierwszych spotkań i co było dalej.
O NIM nic tu jeszcze nie napisałem… i przez to teraz nie wiem kiedy pierwszy raz z NIM gadałem. Aż mi głupio z tego powodu.

A bo w ogóle to dziwna sytuacja była.
Ale po kolei.
Zagadał do mnie na jednym z randkowych portali już bardzo dawno temu.
Ale ja nie odpowiedziałem.
No bo raz – jakieś dziecko do mnie pisze (18 lat miał wtedy)
Dwa – do tego z innego województwa.
Ale chłopak był uparty i pisał dalej.
Przeczytał mojego bloga (brawo… trzeba mieć nie lada silne postanowienie by przebrnąć przez to wszystko od początku do końca) czym oczywiście mnie ujął.
No i jeszcze zaintrygował mnie Jego związany z historią nick.
Po miesiącach zdawkowych odpowiedzi z mojej strony i nieustającej próbie kontaktu z Jego strony – dałem za wygraną.
Odezwałem się.
No i się zaczęło.
Fantastyczna znajomość.

Powiem Wam, że wszystkie złe rzeczy jakie mówią o dzisiejszej młodzieży to można między bajki włożyć. To znaczy pewnie patologia też się zdarza ale gdzieś w naszym kraju, niekoniecznie w dużych miastach zdarzają się perełki.
Nieodkryte, trochę zahukane, może nad wyraz skromne, ale z ogromną wiedzą, taktem, doskonałym wychowaniem i wręcz perfekcyjnie zorganizowane, które czekają na swój moment by pokazać wielkość swojej osoby.

No zauroczyłem się tym chłopakiem.
Codziennymi, godzinnymi rozmowami na Skype.
A że pisaliśmy do siebie i gadaliśmy w czasie gdy ja miałem doła więc tym bardziej trzymało mnie to przy życiu. Dziś wiem jak bardzo jestem mu za to wdzięczny.
Były takie dni, że nie mogłem się tego wieczora doczekać by z NIM pogadać.

Trzeba mu jakąś ksywkę blogową wymyślić.
Może MAC… trochę od imienia a trochę od Jego ulubionych jAPPłek :-)

Maj fuchami stoi

Lubię fuchy.
Bo to zawsze jakaś odskocznia od pracy w studiu.
Człowiek się postresuje w inny sposób niż zwykle, do ludzi wyjdzie, dzioba pokaże, a przez to trzeba i do fryzjera się wówczas wybrać i coś na siebie ładnego założyć a na końcu Ci jeszcze za to wszystko zapłacą tyle co to w normalnych warunkach pracowałbyś na to tydzień albo i więcej.
Jeśli macie jakieś imprezy do poprowadzenia… to ja chętnie.
Co do kasy, z pewnością się dogadamy :-)

Wiosna jest na literę W

W jak Warszawa.
Jednak Warszawa… ale mogłem wylądować zupełnie gdzie indziej.
Dobra, zdradzę co nieco co się u mnie dzieje.
Było źle (to wiecie, bo pewnie czytaliście)… ale od czego są magia i silne noworoczne postanowienia.
W Sylwestra siedziałem sam w domu z temperaturą, opatulony kocami, obstawiony lekami, szampanem i pisałem CV.
Bo przecież wiadomo, że jak można odpowiedzieć na ogłoszenie o pracę przez dwa tygodnie to robi się to ostatniego dnia, nawet jeśli tym dniem jest Sylwester.
Płodziłem CV wraz z projektem restrukturyzacji firmy, nową ramówką i takimi tam różnymi dziwnymi dokumentami.
Znów zamarzyło mi się być Redaktorem Naczelnym.
Jakby mi przygód w Nysie nie wystarczyło.

Napisałem, wysłałem i o północy otwierając szampana wypowiedziałem na głos (mogłem – bo byłem sam w domu) trzy życzenia.
Dziś, kiedy to piszę, dwa z nich się już spełniły, a klucz do spełnienia trzeciego sam trzymam w ręku.

Okazało się, że kandydatów na wymarzone miejsce Naczelnego, daleko od Łodzi, było aż trzydziestu.
Po dwuetapowym postępowaniu i wyprawie na Dziki Wschód i to do tego w środku zimy, okazało się, że pokonałem wszystkich i to mnie zaproponowano to stanowisko.
Problem w tym, że w tym czasie odezwała się też Warszawa… na co przyznam szczerze, zupełnie nie liczyłem, bo to taka instytucja z cyklu jak chcesz coś tam załatwić w lipcu, to zapukaj tam już w styczniu, może się wyrobią.
A tutaj jednak okazało się, że można szybciej jak się chce.
Taki to Panie Suprise :-)

Zacząłem liczyć – na pierwszy rzut oka oferta ze Wschodu była lepsza (etat i kasa) ale Warszawa to Warszawa, wprawdzie bez etatu i wstępnie kasa mniejsza, ale możliwości na zmianę obu tych rzeczy – prawie nieskończone.

Długo biłem się z myślami, w końcu zdecydowała moneta, a że ja zawsze wybieram ORŁA więc została Warszawa.
I mimo, że było kilka momentów zwątpienia, to nie żałuję. Robię to co lubię i jest mi dobrze.
Oby było lepiej.

Zakupy

Tak to już jest, że jak człowiek zarobi jakieś bonusowe pieniądze, to od razu ma milion pomysłów na ich wydanie.
Właśnie doszedłem do wniosku, że nie potrafię żyć bez małego 11,6 calowego laptopa.
No po prostu moje życie bez tego urządzenia jest miałkie i bez sensu – muszę go kupić.
Oficjalnie po to żeby pisać nowe notki na bloga w pociągu – i uważam, że to wystarczający powód.
Muszę teraz tylko wykombinować 1600 PLN.
A… i nie chce żadnego tableta, ja jestem stary człowiek i nie będę trzymał w łapie jakiegoś śliskiego czegoś co nie ma klawiatury :-P

Zakasłać się na śmierć… czyż można wyobrazić sobie bardziej upokarzający koniec?

Nienawidzę takich kroczących chorób.
Już zdecydowanie wolę te, które przychodzą nagle bo wiem, że muszę się wówczas zmobilizować i je szybko pokonać.
Tak szybko, jak szybko się one pojawiają.
A te kroczące są najbardziej zdradzieckie, jednego dnia odpuszczają, dając złudzenie pełnego wyleczenia by dzień lub dwa później przyszpilić się objawami jakich nigdy w życiu byś się nie spodziewał.
Tak było i tym razem, choć właściwie powinienem powiedzieć, tak jest, bo jeszcze z tego gówna nie wyszedłem.
Zaczęło się od kataru, ale że ja mam katar prawie całe życie więc nie zwracałem na to większej uwagi.
Ale tym razem katar nie był z tych kapiąco-lecących a z tych co to zatykają Ci cały nos i musisz oddychać przez usta, bo inaczej się po prostu udusisz.
Wyobraźcie sobie takie oddychaniem przez usta przez całą noc… język i wargi wyglądają jak ziemia na pustyni.
Potem, właściwie nie wiem kiedy, włączył się kaszel, ale taki którego jeszcze nigdy w życiu nie miałem.
Już nie tylko przełyk czy bardziej tchawica mnie bolały, bolała mnie cała klatka piersiowa, brzuch, żebra i żołądek od tego kaszlu.
Pominę kwestię opisu tego co wykasływałem… fuj.

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie gdy wybrałem się w końcu do lekarza, bo po badaniu okazało się, że mimo kaszel iście gruźliczy to oskrzela i płuca są czyste.
Dziwna sytuacja.
No i pierwszy raz w życiu kupowałem leki na zieloną receptę :-)

Dziś czuję się już trochę lepiej, nie mam gorączki choć nadal boli mnie głowa od zatok, a nos bywa zatkany.
Kilka minut temu zadzwonił znajomy i pyta jak się czuję.
- Chyba zdrowieje, bo wraca mi apetyt – odpowiadam zajadając się zamówioną przed momentem pizzą.
+ Dobrze, ale zdrowy będziesz wtedy kiedy wróci Ci ochota na seks
- O w takim razie chyba w ogóle nie byłem chory…